czwartek, 4 listopada 2010

Listopadową porą...

...wracam na bloga. Będzie o książkach przeczytanych we wrześniu. Komputerowcem teraz nie jestem, zresztą nigdy nie byłam. Codzienność zapełniają inne sprawy. Poczytuję książki. Nie czytam. Można rzec - delektuję się lekturą - powolna degustacja spowodowana jest jednak przeskakiwaniem od jednej czynności do innej, a nie faktycznym i dobrowolnym smakowaniem liter.

Autor: Dorota Katende
Tytuł: Dom na Zanzibarze

Zachęcona (bardzo!) okładką, zaczęłam zgłębiać koleje losu Polki, zakochanej w Afryce. Łatwego życia pani Dorota nie miała - brakowało szczęścia w miłości, brakowało pieniędzy, ale nie brakowało marzeń. To najważniejsze miało się spełnić w niedalekiej przyszłości. Podróż na Czarny Ląd pociągnęła za sobą serię zdarzeń, których nawet sama autorka nie przewidziała. Na Zanzibarze stanął dom, jej dom, pełen słońca i miłości.

Czego dowiedziałam się z książki Doroty Katende? Zanzibarczycy są nieco leniwi i mają problemy z realizowaniem poleceń pracodawcy, pojawiają się znikąd i w dużych gromadach wszędzie tam, gdzie jest jedzenie, potrafią nieźle oszukiwać, ale przy okazji są serdeczni i ciepli. Czytałam o mieszkańcach tego kraju, o jego kulturze, o problemach, o zmaganiach autorki z, jakby nie było, innością z zainteresowaniem, ale nie porwała mnie ta książka. To nie pamiętnik pisany miłością, to raczej sucha relacja z życia kobiety, której los nie oszczędzał. Kobiety niezwykle odważnej i zdeterminowanej, co należy podkreślić i czego można nawet pozazdrościć.

Pięknie wydana książka (jaki papier - ciepły dla oczu!), ale nie porywa. Zawartość dobra.

4/6

"Cena wody w Finistere" Bodil Malmsten - według Kapuścińskiego "...piękna książka. Poetycka, wysmakowana, pełna ciepła". Cóż za epitety! Tylko, jak dla mnie, niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Książka szwedzkiej pisarki nie podobała mi się ani trochę. Nie wiem, gdzie reporter dostrzegł poetyckość, bo mnie doskwierała suchość i prostota języka. Ciepła nie odnalazłam - raczej złośliwość i gorycz. Dość miałam opisów walki z kretami i ślimakami. Czasami towarzyszyło mi uczucie, że autorka znalazła się w Finistere za karę (a przecież dobrowolnie uciekła z zimnej Szwecji, w której mieszkają sami nieczuli materialiści). Poza tym są miejsca w książce, których zwyczajnie nie zrozumiałam, nie nadążając za tokiem myślenia Malmsten. Całe zdania lub pojedyncze słowa wyrwane z kontekstu.

Zdecydowanie nie dla mnie, ale jakimś cudem przeczytałam w całości. Cuda się zdarzają:)

2/6

5 komentarzy:

  1. Nawet nie wiesz, jak się ucieszyłam, że i Tobie "Cena wody w Finistere" nie przypadła do gustu. Ja również nie dostrzegłam w niej żadnej poetyckości, ani artyzmu. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. spacer_biedronki pisze:

    Hehe..i ja mam podobne odczucia co do Ceny wody. Dlatego bez wyrzutu opchnęłam książkę na alledrogo:)

    OdpowiedzUsuń
  3. mnóstwo inspiracji jest tu u Ciebie!

    pozdrawiam,
    Paula

    OdpowiedzUsuń
  4. Mogę się podpisać pod twoimi ocenami! Treść "Cena wody w Finistere" bardzo kiepska, "Dom na Zanzibarze" da się przeczytać, jednak bez rewelacji. Za to okładki baaardzo przyjemne, choć wolałabym odwrotnie.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...