środa, 19 marca 2014

Mali podróżnicy w Azji.

Anna i Krzysztof Kobusowie
Smoki i smoczki. Z dziećmi przez Azję
G+J,  2012


Miał być post o książkach dla starszych dzieci. O Zygmuncie Miłoszewskim, Barbarze Kosmowskiej, Ewie Karwan - Jastrzębskiej. Innym razem. Nie obiecuję, że następnym, ale na pewno kilkanaście słów na temat powieści, które czytam starszej córce się pojawi. Przyznam, że pisanie o literaturze dla dzieci i młodzieży bardzo zaniedbałam, a przecież przez nasz dom przewija się mnóstwo tytułów. Kiedy przeglądam ulubione blogi, traktujące o książkach dla młodszych czytelników, mruczę pod nosem, że czytałam, że lubię, że mogłam coś skrobnąć, ale... nie skrobnęłam. I dziś właśnie pomyślałam, że napiszę o dwóch powieściach i jednym zbiorze opowiadań autorstwa polskich pisarzy, ale po chwili przypomniałam sobie, że nie wspominałam jeszcze o azjatyckiej podróży Ani, Krzysztofa, Michasia, Stasia i Oli...

Lubię jak Anna Kobus pisze. Naprawdę lubię. Tak zwyczajnie, życiowo, z poczuciem humoru.
Mnie do podróży z dziećmi nie trzeba przekonywać. Nigdy nie uważałam, że to trudne czy wręcz niemożliwe do spełnienia doświadczenie. Każdą podróż postrzegam jako przygodę. Po Smoki i smoczki... sięgnęłam chętnie, ponieważ: lubię bardzo tę podróżującą rodzinę (o czym już nie raz i nie dwa wspominałam); ich wcześniejsza książka Namibia. 9000 km afrykańskiej przygody skradła moje serce; autorzy prowadzą fajny portal Mały podróżnik i całkiem sympatycznie opowiadają o swych wyprawach w kieszonkowej serii książeczek Mali podróżnicy w wielkim świecie (lubię, choć życzyłabym sobie nieco bardziej rozbudowanych relacji, ale rozumiem, że taki był pomysł wydawcy, więc pozostaje się cieszyć tym, co jest).

Anna i Krzysztof udowadniają, że dzieci i dwumiesięczna podróż po Azji równa się fajna przygoda. Odwiedzają Tajlandię, Birmę i Kambodżę. Wcześniej, w czasach bezdzietnych, Ania podróżowała po Azji i teraz odwiedza te same miejsca, patrząc na nie z zupełnie innej perspektywy. Z perspektywy dwulatka, którego zatrzymuje każdy kamyczek, który nie wie, jak ważnym zabytkiem kultury jest Angkor. Podróż wygląda inaczej przez sam fakt, że autorzy są rodzicami, a ich dzieci, podobnie jak dzieci Azjatów, machają nóżkami, sikają w restauracji, bezzębnie się uśmiechają. Tubylcy odpowiadają życzliwością i gościnnością.

Książka to nie tylko zbiór ważnych porad dotyczących podróżowania z dziećmi. To opis wspaniałej i ciekawej wyprawy. To kawałek historii każdego miejsca, do którego Kobusowie zawitali. Anna nie pomija milczeniem trudnych tematów - pisze o pracujących dzieciach, o kambodżańskich Polach Śmierci.

Wspólna podróż to piękna przygoda. Tysiące wspólnie spędzonych chwil. Otwieranie dziecięcych umysłów na inność, na rozmaitość kultur, języków, smaków. Rozbudzanie ciekawości. Radość i beztroska, bo w podróży jesteśmy wolniejsi (pod każdym względem), spokojniejsi, bardziej razem. Pełniej.

11 komentarzy:

  1. Książkę kiedyś pewnie chętnie przeczytam. Z czystej ciekawości...teoretycznej ;) Bo praktycznie nie jest mi dane podróżować z maluchami.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak zobaczyłam tytuł, to od razu pomyślałam, że piszesz o Kobusach. Lubię ich książki (tej jeszcze nie znam) i ich samych też. Miałam przyjemność być na spotkaniu z nimi w Poznaniu (relacja gdzieś na blogu), a w Krakowie na Targach udało mi się zamienić z nimi kilka słów. Niesamowicie sympatyczni i pozytywnie zakręceni ludzie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętam jak pisałaś o tym spotkaniu (kojarzę też rozmowę o kolczykach:)). Nie wątpię, że bym ich polubiła:)

      Usuń
  3. Nie znam Kobusów, ale już ich lubię. Znam parę, która z dwójka dzieci byla wszędzie, nawet w Korei Półncnej. Ale pomimo opowieści, że luz i w ogóle super, nadal nie wiem, JAK?? wyprawa nad Bałtyk we czworo bywa dla mnie droga przez mękę! A ja tak lubię podróżować przecież...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Korei Północnej? Wow, to by mi zaimponowało.

      Usuń
  4. Mógłbym się podpisać pod pierwszym paragrafem obiema rękami. Książek czytamy dużo, ale jakoś czasem brakuje ochoty żeby choć zmienić okładkę w "Tata lektor". Ale czytam o. I tak jak Ty czasem mruczę i na mruczeniu kończę :) Całe szczęście osiągnąłem jakieś blogowe zen i ze względnym spokojem przyjmuję do wiadomości myśl, że nie o wszystkim muszę pisać, bo jest mnóstwo ludzi, którzy zrobią (i robią) to lepiej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O mnie się to blogowe zen coraz częściej ociera. Kiedyś przyłapałam się na tym, że zaczęłam traktować bloga jak obowiązek. Przeczytam tę książkę szybko, bo chcę o niej napisać. Paranoja. Na szczęście doszłam do siebie i teraz spokojnie sobie czytam i spokojnie, kiedy mam ochotę, o lekturze piszę.
      Co nie zmienia faktu, że o książkach dla dzieci chciałabym wspominać częściej.

      Usuń
  5. Mam chęć na tę książkę. Ta rodzinka była na targach turystycznych we Wrocku w tym roku :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Trzeba mieć mega odwagę, by z dziećmi podróżować. Ja wiem, że nie dałabym rady, dlatego podziwiam takie osoby jak Kobusowie, a także autorów bloga "Family without Borders", czyli kolejną podróżującą rodzinkę, która akurat jest w Nowej Zelandii. Mega sprawa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śledzę na bieżąco podróże rodziny Albothów, podobnie jak Kobusów. Dla mnie podróże z dziećmi są jak najbardziej możliwe. Wiem, bo praktykuję:) Trzeba się tylko nastawić, że taka wędrówka wygląda inaczej niż ta bez potomstwa u boku i wyluzować.

      Usuń
  7. Czasem jest tak, że właśnie dzieci motywują do działania i podróżowania. Nie chodzi mi o to, że wędrówki kształcą, ale zbliżają...

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...