
Nie czytałam Białej Masajki, więc nie mam porównania, a piszą tu i ówdzie, że podobieństw między tymi książkami mnóstwo. Być może. Mnie przez większość czasu poświęconego Miłości lwicy drażniła naiwność, bezgraniczne uwielbienie, przymykanie oczu na niedogodności...Sielankowy obraz ludu, do którego Christina dołączyła przyprawia nie tylko o mdłości, ale przede wszystkim wydaje się nieszczery. Różnice zdań, kłótnie, nieporozumienia są normą w związku ludzi, którzy wychowali się w tej samej kulturze, a co dopiero wśród partnerów o tak odmiennych poglądach na życie. Tymczasem większość książki wypełniają wyrazy uwielbienia kobiety do mężczyzny, pozbawione jakiejkolwiek dawki krytyki. Rozumiem, że miłość jest ślepa, a w stanie zakochania oczy zachodzą mgłą, ale bez przesady. Łapałam się na tym, że czekałam na jakieś potknięcie, myśląc jednocześnie, że nie powinnam im źle życzyć, że może ona jest wysoce tolerancyjną kobietą i poddaje się temu, co przynosi codzienność bez szemrania. Doczekałam się zwrotu akcji, drastycznego nawet, ale o tym pisać nie będę.
Nie zachwyciła mnie ta książka, ale nie żałuję, że ją przeczytałam. Autorka nie pisze tylko o swoich miłosnych uczuciach, ale również o plemieniu Samburu. Są to ciekawe, warte uwagi informacje, dzięki którym można lepiej "poznać" tak odległą od naszej kulturę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz