Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzienniki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dzienniki. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 lutego 2016

Autoportret z Lisiczką.


Marta Fox Autoportret z Lisiczką Mała Kurka, 2013

Ta kobieta żyje także po to, bym poczuła się mniej pojedynczo - pisze Marta Fox o Zofii Chądzyńskiej, pisarce, tłumaczce prozy Julio Cortazara. Mogłabym skopiować te słowa i użyć ich, wspominając autorkę Autoportretu z Lisiczką albo Sonię Raduńską. Czytając książki tych kobiet czuję się, jakbym rozmawiała z bliskimi osobami, bratnimi duszami, które ubierają w słowa moje myśli. Znajomość z Martą Fox rozpoczęłam wcześnie, w szkole podstawowej, wypożyczając z biblioteki niewielkich rozmiarów powieści Agaton Gagaton i Batoniki Always miękkie jak deszczówka. Dziś nie pamiętam, dlaczego te książki mają takie tytuły, nie przypominam sobie ich treści, ale na początku nauki w liceum sięgnęłam po mini powieści z serii Pierwsza miłość i już wtedy twórczość pisarki stała się bliska memu sercu. Jednak totalnie zawładnęła mną książka Wielkie ciężarówki wyjeżdżają z morza, do której chcę po latach wrócić i przekonać się, czy nadal każde słowo tej powieści jest równie ważne jak wtedy, gdy miałam szesnaście lat. Wielkie ciężarówki... to pierwsza powieść dla dorosłych w dorobku Marty Fox. Jeden z egzemplarzy, które mam na półce (są dwa) jest zapisany czerwonym cienkopisem, całe akapity są podkreślone, autorka lubi czerwień.
Przeczytałam niemal wszystko, co wyszło spod pióra pisarki. Nie znam jej najnowszych powieści dla młodzieży (np. Iza Anorektyczka, Zołzunie), na swój czas czeka książka Zuzanna nie istnieje. Uwielbiam Ogrodników Północy, Czerwień raz jeszcze daje czerwień, Nie jestem, która wszystko zniesie, Magda.doc. Teraz do tego grona dołącza Autoportret z Lisiczką. 

Autoportret... to podróż przez życie pisarki, czytelnika, matki, wrażliwca. To spisane na papierze chwile fascynacji, podróży, rozmów, myśli. To portret człowieka zaangażowanego, który wie, co jest dla niego w życiu najważniejsze. Chciałam sobie dawkować poszczególne teksty, ale nie umiałam. Jak zaczynam czytać Martę Fox, czytam zachłannie, rzucając się na słowa.

Czy to możliwe, że aż tyle przeżyłam? Ile zataiłam? Ile przeinaczyłam, podkolorowałam, by pokazać siebie w dobrym świetle? Mam nadzieję, że w labiryncie słów, wydarzeń, obrazów i książek mój Czytelnik odkryje coś, co zasłuży na jego pamięć.

Podzielam miłość Marty Fox do Julio Cortazara, Jeanette Winterson, Zofii Chądzyńskiej, do filmu Tajemnica Brokeback Mountain. I jeszcze kilka innych miłości podzielam.

poniedziałek, 30 marca 2015

"Nie będę miał pretensji do godzin, że nie spełniły moich pragnień". Sylvain Tesson.

Sylvain Tesson
W syberyjskich lasach
Noir Sur Blanc, 2012



Wszystko, co zostaje z mojego życia to notatki. Piszę dziennik, by wspomóc pamięć. Jeśli nie prowadzi się rejestru faktów i czynności - po co żyć: godziny upływają, każdy dzień zaciera i triumfuje nicość (...) Prowadzę ewidencję mijających godzin. Pisanie dziennika zapładnia egzystencję. Codzienne spotkanie z białą kartką zmusza do zwracania baczniejszej uwagi na wydarzenia dnia, zachęca, żeby lepiej słuchać, głębiej myśleć, patrzeć intensywniej. Głupio byłoby nie mieć nic do zapisania w notesie wieczorem.

Dziennik, prowadzony przez francuskiego podróżnika Sylvaina Tessona, to zapis wrażeń z pobytu w chacie nad jeziorem Bajkał. Samotne sześć miesięcy, kontemplowanie ciszy i natury, spotkanie z samym sobą, oderwanie od cywilizacji. Spełnienie tlącego się od dawna marzenia, w towarzystwie skrupulatnie wybranych książek i wódki. Pół roku pustelniczego życia, które pozwala na zajrzenie w głąb siebie, na przemyślenia dotyczące wiary, cywilizacji, przyrody, na godzinne patrzenie się przez okno, na spokojne wypicie herbaty.
Czyta się opowieść Tessona z ołówkiem w dłoni, myśląc o zmianie własnego życia, o chwili ciszy na łonie natury, o ucieczce od codzienności.

Dziennik francuskiego pisarza budzi tęsknotę za prostotą, o której lata temu pisał David Thoreau. Impulsem do zamieszkania w drewnianej chacie, z dala od osad ludzkich, bez prądu, bez telewizora, bez łazienki były dla Tessona Źdźbła trawy Walta Whitmana. Pięć lat wcześniej czytał tę książkę i twierdzi, że ta lektura zaprowadziła go do syberyjskiej chatki. Niebezpiecznie jest otwierać książki, jak pisze autor. Jednak tylko takie książki są wartościowe, te niebezpieczne właśnie, które zmuszają do myślenia, do refleksji, do zmiany.

Dopełnieniem dziennika W syberyjskich lasach jest film dokumentalny Sześć miesięcy nad Bajkałem, nakręcony przez autora.

poniedziałek, 9 czerwca 2014

"Chcę żyć i nie znoszę myśli o śmierci..."

Susan Sontag
Odrodzona. Dzienniki, tom 1. 1947-1963
Karakter, 2012


Fragmenty dzienników. Poszarpane. Nie do opisania.
Chaos myśli, zdarzeń, słów istotnych. Lubię bardzo.
Dużo list różnorakich, podobno Sontag tworzyła je przez całe życie. Listy książek przeczytanych i tych, które trzeba przeczytać; filmów, spektakli teatralnych; postanowień w stylu "brać prysznic co drugi dzień".
Zachłanność na życie, na rozwój, na miłość. Sontag sama o sobie mówiła, że jest wampirem intelektualnym. Zachłystywała się kulturą. Wciąż brakowało jej czasu na to, by więcej zobaczyć, usłyszeć, przeczytać, przeżyć...
Niesamowita kobieta.

...Chcę pisać - chcę żyć w intelektualnej atmosferze - chcę mieszkać w centrum kulturalnym...

Jeśli mam błądzić, wolę nurzać się w brutalności i nie znać umiaru, niż przeżywać życie na pół gwizdka...

Trzeba robić coś więcej niż regularnie karmić się samym sobą.

(...) mowa jest znacznie łatwiejsza + bogatsza niż mozolne prowadzenie dziennika. Objętość wpisów dokonywanych przez wiele miesięcy jest żałośnie mała w porównaniu z tym, co człowiek mówi jednego tylko wieczora.
Dziennik (...) budzi zahamowania, mowa je niweluje; dziennik jest narcystyczny, a mowa społeczna + erotyczna - zachęca do poznawania świata nadziei, lęków + pragnień drugiego człowieka, zamiast własnych potrzeb łatwo poznawalnych, mało tajemniczych...

Miałam ambicję, by zrozumieć życie - a może szukałam w ten sposób pocieszenia (...) Dziś chcę już tylko nauczyć się przez nie iść.

Czy można poznać własne uczucia?
Ja swoich nie znam. Stawiam tylko pod nimi podpórki i pilnuję, by się nie rozbiegły.

Źródłem lęku przed starością jest świadomość, że w tej chwili nie żyje się tak, jak by się chciało.

To tylko namiastka dzienników. Wyrwane z kontekstu zdania. Więcej ich w Odrodzonej.

czwartek, 20 lutego 2014

solo.

Sonia Raduńska
Solo
Dobra Literatura, 2011


Najpierw były felietony w Zwierciadle, od których rozpoczynałam czytanie swego wówczas ulubionego czasopisma. Później pojawiły się Białe zeszyty, po nich Kartki z białego zeszytu. Lekturę Solo odkładałam. Wiedziałam, że to, być może, moje ostatnie spotkanie z osobistymi zapiskami Sonii Raduńskiej.
Potrzebowałam wkroczyć ponownie do świata wrażliwości, uważności, duchowości i mądrości. Sonia jest taka moja, bliska i znajoma, choć nasze drogi nigdy się nie przecięły. I mniej we mnie wiary w siły nadprzyrodzone, w obecność stwórcy, ale to nie przeszkadza zachwycać się słowami, kreślonymi przez autorkę i nie przeszkadza zgadzać się z jej postrzeganiem świata.
Po lekturze Solo czuję niedosyt. Chcę więcej. Nie ma więcej, przeczytałam wszystko. Sięgam więc po naszych ulubionych autorów. Sonia wielokrotnie wymienia nazwiska, które i mnie są bliskie. Jeanette Winterson, Anais Nin, Susan Sontag, Ryszard Kapuściński, Anne Fadiman, Wisława Szymborska...
Autorka pisze: Doświadczam poruszenia serca, gdy dowiaduję się, że ktoś dla mnie ważny i bliski przeczytał tę samą książkę i podobnie do mnie - nie przeszedł obok niej obojętnie. W ostatnim Lapidarium Ryszard Kapuściński cytuje fragment O sztuce Jeanette Winterson i staje mi się jeszcze bliższy. 
O sztuce. Eseje o ekstazie i zuchwalstwie to książka świetna, bardzo dla mnie ważna, wciąż poszukiwana, bo czytałam egzemplarz biblioteczny i czekam na wznowienie.

Czytając Sonię zatrzymuję się nad słowami. Myślę. Kartkuję Lapidarium III. Myślę o Stachurze, jakoś zapomnianym, a kiedyś bardzo bliskim.

Czy mogę żyć lepiej? Pisać nie dlatego, że chce mi się lub nie, ale dlatego, że być może więcej widzę, słyszę, rozumiem lub czuję i umiem się tym dzielić. Pisać, szczędząc słów. Wydobywać treści. Nie czytać tego, co nie porusza do żywego mięsa treścią lub pięknem. Wreszcie konsumować uważniej, dzielić się tym, co mam z tymi, którym brakuje. Siadać w ciszy każdego dnia. Nasłuchiwać. Nie ogłuszać się niczym. Karmić odwagę. Doceniać dobro, miłość. Zamiast czekać tam, gdzie niedoczekanie, szanować to, co przychodzi. Dziękować. Budzić się z rutyny tym, co nowe, inne. Niekiedy, choćby niekiedy, wybierać trudniejsze.

(Zdania pisane kursywą są cytatami z książki Solo Sonii Raduńskiej)

piątek, 15 listopada 2013

"Nie daj mi, Boże (...) skosztować tak zwanej życiowej mądrości..." (Agnieszka Osiecka)

Agnieszka Osiecka
Dzienniki 1945 - 1950
Prószyński i S-ka, 2013


Większa część pierwszego tomu Dzienników Osieckiej to zapiski z 1950 roku. Autorka miała wówczas błogosławione i przeklęte, smarkate i rozwijające się czternaście lat. Momentami dziecinne, innym razem nad wiek dojrzałe zapiski Agnieszki pokazują kształtowanie się ciekawej, niebanalnej osobowości. Młodziutka Osiecka, aktywna życiowo i towarzysko, szuka własnej drogi, próbując zrozumieć samą siebie. Jest rzeczowa, ale i kokieteryjna, a jej styl, jak pisze we wstępie Andrzej Zieniewicz, charakteryzuje uwodzicielska precyzja i porywająca dokładność.

Dziennik to forma autobiografii. Osiecka pisała szczerze, intymnie, impulsywnie. Już w wieku lat nastu nie była szara, ale błyskotliwa, pełna pasji i ciekawa świata. Jej dziennik to pochwała życia.

Jak najmocniej, najpełniej, najdłużej żyć pełnią życia. Czuć, że się żyje. Znaleźć nie jeden - tysiące celów w życiu. Odszukać siebie i swoją duszę. Znać i kochać świat, życie i innych ludzi. Cały czas pamiętać, że żyje się tylko raz i to bardzo krótko (s.322).

Ta ogromna afirmacja życia, zachłanność na nowe doświadczenia, niezwykła komunikatywność Osieckiej sprawiała, że autorka nigdy się nie nudziła. Dni wypełniały jej pływanie, nauka języków obcych, czytanie, a nade wszystko spotkania z rówieśnikami. Czternastoletnia Agnieszka była atrakcyjną i mądrą dziewczyną, miała powodzenie u chłopców (pamiętnik zapełniają opisy skomplikowanych relacji damsko - męskich). W tych wczesnych zapisach mamy przedsmak późniejszych problemów z mężczyznami, których pisarka doświadczała przez całe życie.

Dzienniki opowiadają o wielkim szacunku autorki do matki, o trudnych relacjach Agnieszki z ojcem - artystą, o niełatwym małżeństwie rodziców. Są zapisem pierwszej nastoletniej miłości Osieckiej do Jerzego Rajskiego. Po przeczytaniu dwustu stron Dziennika czytelnik dostrzega delikatną, ale znaczącą zmianę w opisie codzienności - diarystka staje się bardziej dojrzałym obserwatorem i komentatorem życia swej rodziny i swych kolegów. Agnieszka jest lubiana, co nie znaczy, że jej stosunki z rówieśnikami są łatwe. Autorka podkreśla zresztą, że nie chciałaby być lubianą przez wszystkich, bo wtedy stałaby się pusta i żadna, a przed bylejakością ucieka. Młoda Osiecka wciąż się doskonali, wiele od siebie wymaga, dużo czyta, a i tak ostatnie zdania pierwszego tomu Dziennika brzmią:
Muszę zacząć czytać, i to czytać porządnie wartościowe, dobre i potrzebne mi książki.
Na "początek" - Balzak i "Propedeutyka filozofii".

Mnie pierwszy tom nie zachwycił, ale zainteresował i rozbudził apetyt na więcej. Wczesne dzienniki to przedsmak tego, co otrzymamy w przyszłości. Nie wątpię w to, że każdy kolejny tom będzie ciekawszy i już nie mogę się doczekać spotkania z Osiecką - studentką.

Chcę prowadzić barwne, ciekawe życie, chcę przeżyć przez jedno życie tyle, ile przeżyło 100 innych ciekawych ludzi, nie chcę absorbować sobą świata, choć nie mam nic przeciwko odrobinie sławy, chcę żeby świat mnie absorbował. Chcę podróżować, patrzeć i widzieć, poznawać myśli i uczucia ludzkie i ich historie, poznawać nowych ludzi, nowe kraje (...) rodzaje szczęść, rodzaje fanatyzmów i rozgoryczeń (...) żyć!!! (s.392)

Tak pisała czternastoletnia Agnieszka Osiecka. Niezwykłe, jak spełniły się jej pragnienia...

wtorek, 12 listopada 2013

Kolejny biały zeszyt.

Sonia Raduńska
Kartki z białego zeszytu
W.A.B, 2008


Z pisaniem Sonii Raduńskiej jest tak, że albo się jej słowa smakuje, albo wypluwa. Był taki czas, że lekturę nowego numeru Zwierciadła zaczynałam od przeczytania felietonu Sonii, czekałam na słowa, które z siebie wylewała, często doznając uczucia, że to moje myśli, moje odczucia, że ja i autorka doskonale się rozumiemy...
Kilka lat temu przeczytałam Białe zeszyty - egzemplarz biblioteczny, czysty, pozbawiony moich zapisków. Później tę książkę zdobyłam i do tej pory nie wróciłam do lektury, więc moje Białe zeszyty też dziewicze. Jednak Kartki z białego zeszytu kupiłam i nie omieszkałam naznaczyć tekstu własnym istnieniem.

Kartki... uważam za słabsze od Białych zeszytów, a może to ja jestem starsza i inaczej patrzę na świat. Nadal czuję, że autorka to moja bratnia dusza, ale pewne drogi prowadzą nas w różne strony.
Sonia to kobieta myśląca, nadwrażliwa, uzbrojona w tęsknoty, których nie potrafi nazwać. Pisze z potrzeby serca, ale również po to, by trenować mózg. Nie chce poddać się rozleniwieniu, choć lubi być sama i nigdy się ze sobą nie nudzi. Wymaga od siebie i od innych. Dużo czyta, celebruje codzienność. Życiowa mądrość (i doświadczenia różnorakie) nauczyły tę dojrzałą kobietę tego, że nie na wszystko jest czas w jednym życiu. Z czegoś trzeba zrezygnować. Autorka zapisków powtarza za Marianne Williamson (Wartość kobiety): Nasze dusze nie poddają się wpływowi czasu; pozostają niezmienione, gdy mamy lat pięć, dwadzieścia, sześćdziesiąt czy sto. Na kartach tej książki Raduńska udowadnia, że tak jest. To młoda, wciąż młoda, kobieta, nadal idealistka, która pyta, wątpi, błądzi. Przywołuje tytuły książek, które również cenię i takie, które są najważniejszymi lekturami mojego życia: Lapidarium Kapuścińskiego, O sztuce Winterson. Jej zapiski, dotyczące przeczytanych książek to nie recenzje (momentami żałuję), ale krótkie i trafne odczucia, towarzyszące lekturze.

Rzadko w obecnym życiu doświadczam przyjemności przeczytania całej książki w ciągu półtora dnia. Bez rozpraszania się na inne treści, imiona, klimaty. Bez rozwadniania kontaktu. Amos Oz "To samo morze". Proza poetycka. Zredukowana liczba słów. Smak poezji. Bliskość z ludźmi, o których czytam.

Tak pisze Sonia. Takie są Kartki.... Mnie bliskie bardzo.

Zdaję sobie sprawę, że Kartki... mogą się podobać ludziom nieco rozchwianym, którzy nie ścigają się z czasem i mają nadwrażliwą tkankę życia. Wierzę jednocześnie, że człowiek zaplątany w nadmierny realizm, też odnajdzie w tych zapiskach fragment siebie, na chwilę się zatrzyma i zamyśli nad życiem.

wtorek, 5 listopada 2013

Tak sobie myślę...




Jerzy Stuhr
Tak sobie myślę...
Wydawnictwo Literackie, 2012






Dziennik czasu choroby. Jednak, na szczęście, nie tylko o chorobie. Właściwie choroba występuje tu między wierszami, figuruje na dalszym planie, przyćmiona osobistymi przemyśleniami autora i wspomnieniami z życia aktora. Jak wszyscy wiedzą, a przynajmniej domyślają się, Jerzy Stuhr może wysupłać ze swej bogatej egzystencji wiele ciekawych historii. I czyni to w sposób uroczy, szczery, interesujący. Nie ogranicza się jednak, w intymnych zapiskach, do bycia aktorem czy do bycia profesorem. Książkę buduje ciekawość autora, jego zachłanność na życie. Stuhr żyje w Polsce, nie zatyka uszu i nie zamyka oczu na to, co się w kraju dzieje. Żywo komentuje sytuacje trudne, analizując mentalność rodaków. Z ironią opisuje historie śmieszne. Jest świetnym obserwatorem codzienności.

Z dziennika wyłania się mądry człowiek, utalentowany aktor, wnikliwy komentator rzeczywistości, w której przyszło mu żyć. Sporo miejsca Stuhr poświęca temu, co się dzieje w dzisiejszym teatrze, jak funkcjonuje kino. Czasami bezpośrednio, innym razem dyskretnie wypomina konkretnym osobom zaniedbania. Interesuje się polityką, choć wciąż obiecuje sobie nie mówić o niej za wiele. Pisze inteligentnie, piękną polszczyzną. Jednocześnie lekko, z dystansem.

Książka jest apoteozą życia w jego najmniejszych odłamkach. Autor zachwyca się życiem, momentami tym życiem zniesmaczony. Z utęsknięniem czeka na narodziny wnuczki, celebrując każdą chwilę spędzoną w gronie rodzinnym. Zdecydowanie dziennik nie jest zapisem walki z chorobą nowotworową - aktor czasami wspomina o pobycie w szpitalu, o kolejnej chemii, ale nie skupia się na opisywaniu przebiegu choroby, własnych dolegliwości.

Tak sobie myślę... to mądra, dobrze napisana książka. Jerzy Stuhr kreśli swą codzienność, żyjąc wciąż tym, co na zewnątrz. Jest człowiekiem ciekawym świata, dlatego nie umie zamknąć się w czterech ścianach i rozpaczać każdego dnia. Nie wie, jak długo będzie korzystał z życia, więc pragnie doświadczać pełniej, poznawać więcej.
Pisze krótko i na temat. Nie nudzi. Jeśli krytykuje, to z wdziękiem. Jak wspomina o rodzinie, to wyłazi z niego wrażliwa bestia. Mówi o sobie "inteligent" i nie kłamie. Mnie się ten facet, do którego wcześniej miałam ambiwalentne uczucia, całkiem podoba.

wtorek, 22 października 2013

...człowiek jest nie do pomyślenia...

Jean Paul Sartre
Słowa
Wiedza i Życie, 2007


Nie mogę powtórzyć za Sartre: rozpocząłem życie tak samo, jak je zakończę - wśród książek. Wychowałam się, w przeciwieństwie do francuskiego filozofa, w domu bez książek, gdzie czytanie postrzegano jako fanaberię i marnowanie czasu. Niestety, moi bliscy częściej obcowali z telewizorem niż ze słowem i do tej pory zagadką mego życia pozostaje fakt, że czytam, otaczam się książkami i miłość do literatury z radością przekazuję córkom. W mojej literackiej edukacji niemałą rolę odegrała nauczycielka języka polskiego, którą miałam przyjemność poznać w IV klasie podstawówki - niekonwencjonalna pani w średnim wieku, której dom pachniał książkami. Skąd wiem, jak mieszkała? To dość nietypowe zapraszać dwunastolatków do własnego domu i czytać z nimi wiersze (najsilniejsze w mojej pamięci jest jednak nie to, że czytaliśmy, ale to, że gospodyni podała dzieciakom herbatę w pięknych filiżankach - czułam się prawie dorosła). Śmiem twierdzić, że dziś już na tego typu spotkania nie mogłabym liczyć. Pani J. była skuteczna, jeśli chodzi o zaszczepianie w młodych ludziach miłości do literatury; przeszłam nawet etap pt. "Chcę być taka jak moja nauczycielka, mieć dom pełen książek (i pięknych filiżanek), furę kręconych i płomiennie rudych włosów na głowie, nosić wełniane sukienki w kolorach jesieni i rajstopy pełne dziur (celowych, a nie przypadkowych)".

Moje pierwsze spotkanie z autorem zbioru opowiadań Mur (uwielbiam, choć za opowiadaniami nie przepadam) to czas studiów filozoficznych (ostatecznie przerwanych, ale interesujących). Zainteresowała mnie nie tyle twórczość egzystencjalisty, a jego osobowość i niebanalny związek z Simone de Beauvoir. Słowa nie sięgają czasu intelektualnych (i nie tylko) spotkań z tą fascynującą kobietą, ponieważ w niepozornej książeczce pisarz wspomina swe dzieciństwo. Słowa to pierwsza część zapowiedzianej, ale nigdy niedokończonej, opowieści autobiograficznej filozofa, obraz kształtowania się intelektualisty. Sartre dorastał pod kloszem, otoczony opieką przedwcześnie owdowiałej matki, odizolowany od rówieśników, indoktrynowany przez dziadka. To właśnie dziadek, Karol Schweitzer, wprowadził wnuka w świat literatury. Znalazłem swoją religię, nic ponad książkę nie wydawało mi się ważniejsze. Bibliotekę poczytywałem za świątynię. Postaci literackie zastąpiły małemu Jeanowi siostry, braci, kolegów. Książki rekompensowały samotność. Bohaterowie powieści nigdy nie umierali, byli towarzyszami zabaw. Sartre pisze, że był dorosłym w miniaturze, przebywając wśród dorosłych i czytając książki dla dorosłych. Jego matka, martwiąc się przeciążonym umysłem dziecięcia swego, wprowadziła go w świat literatury odpowiedniej dla młodego wieku. Ku zgorszeniu dziadka, oczywiście.

W drugiej części Słów, zatytułowanej Pisanie (pierwsza część to Czytanie), Sartre wyznaje, że nienawidził swego osobliwego dzieciństwa, przepełnionego samotnością i nadopiekuńczością dorosłych. Został niejako skazany na pisanie, będące idealnym zajęciem dla samotnego dziecka. Poczucie samotności wypełniło zresztą całe życie filozofa - dogmatyka: wątpiłem o wszystkim, prócz jednego - że jestem wybrańcem wątpienia; odbudowywałem jedną ręką to, co burzyłem drugą, a niepokój uważałem za gwarancję swojego bezpieczeństwa.

W 1964 roku Sartre odmówił przyjęcia Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za autobiograficzną powieść Słowa. Twierdził, że podobna nagroda nie powinna być wręczana za życia, ponieważ ogranicza wolność twórcy.
To, że Jean-Paul Sartre zachował się niekonwencjonalnie, wydaje się mniej istotne od tego, że nie powstały kolejne części zapowiadanej autobiografii pisarza. Poprzestał na Słowach, opisujących okres, który go ukształtował, a jak bardzo interesujące mogłyby być kolejne rozdziały życia filozofa.

Tytuł posta i zdania pisane kursywą to cytaty, pochodzące z książki Sartre.

piątek, 23 sierpnia 2013

Dobra krew.




Magdalena Skopek
Dobra krew. W krainie reniferów, bogów i ludzi
Wydawnictwo Naukowe PWN, 2012







To nie tak, że podróżowała od zawsze, że rodzice zaszczepili w niej globtroterskiego bakcyla. Jej przygoda z wędrowaniem po świecie rozpoczęła się przypadkiem - od braku planów na wakacje i koleżeńskiej propozycji dołączenia do afrykańskiej wyprawy. Pojechała. Podróż na Czarny Ląd w międzyczasie przeobraziła się w Kolej Transsyberyjską i Magda zobaczyła Mongolię, Chiny. Zachłysnęła się innym światem, powietrzem, kulturą, niezmierzonymi przestrzeniami. Do Afryki trafiła później, i do Rosji, którą w sobie od zawsze nosiła. Wszystkie te podróże prowadziły do wyprawy na "koniec Ziemi" (w języku Nieńców sformułowanie to oznacza półwysep Jamał - największy zbiornik gazu na świecie).

Magdalena Skopek, dziś 34-letnia doktor fizyki, pierwszy raz zobaczyła Nieńców (rdzennych mieszkańców Półwyspu Jamalskiego) na fotografiach w workuckim muzeum. Zrodził się pomysł bliższego poznania tego koczowniczego ludu myśliwych i hodowców reniferów.

Książka jest osobistą relacją autorki z dwumiesięcznego pobytu wśród Nieńców. Polka zamieszkała w czumie, otrzymała nienieckie imię Mjagnie, zżyła się z mieszkańcami tundry. Funkcjonowała tak jak jej gospodarze: jadła surowe mięso, oprawiała skóry zwierząt, przygotowywała posiłki, marzła, popijała czaj. Bez bieżącej wody, bez prądu i wszelkich wygód cywilizowanego świata. Jedyne, do czego nie zdołała się przyzwyczaić, to picie świeżej krwi renifera.
Magda obserwowała codzienne życie Nieńców z fascynacją i wielką otwartością dla ich obyczajów. Dużo rozmawiała z koczownikami o ich marzeniach i o wierzeniach, bo wśród nienieckiej społeczności krąży wiele zabobonów. Skrupulatnie zapisywała w zeszycie wszystkie nowe informacje, dzieliła się przemyśleniami na temat życia w tundrze, opisując piękno otaczającej przyrody. Surowej, ale wyjątkowej.

Na każdej stronie tej książki, wzbogaconej wspaniałymi (i licznymi) fotografiami "czuć", że autorka kocha syberyjską tundrę szczerze i na wieki. Jestem przekonana, że jeszcze tam wróci, by spotkać się z nieniecką rodziną. Za wyprawę na półwysep Jamał Magda Skopek otrzymała w 2010 roku Kolosa (w kategorii Podróże). Jej książka to przesycony emocjami dokument, rejestrujący sześćdziesiąt dni spędzonych w najbardziej strzeżonym regionie świata, gdzie prawo stałego pobytu mają tylko rdzenni mieszkańcy - Nieńcy.

Dla mnie Dobra krew... to przede wszystkim niesamowity i dobrze napisany pamiętnik z podróży, opisujący życie w miejscu, w którym nigdy nie chciałabym mieszkać. Tym bardziej podziwiam Magdę i z tym większą fascynacją czytałam o surowym i ciężkim życiu w tundrze, po której wędruje koczowniczy lud, a krajobraz wokół czumy niezmiennie taki sam. Chylę czoła przed autorką, która nawet przez chwilę nie ocenia Nieńców, tylko z otwartym umysłem i wielką ciekawością świata obserwuje ich życie, tak inne od naszego (choć Magda podkreśla, że mieszkańcy czumy są tacy jak my, tak samo kochają, marzą, płaczą...).

środa, 31 lipca 2013

chustka.blogspot.com

Joanna Sałyga
Chustka
Znak, 2013



Dlaczego historia Joanny zainteresowała i poruszyła tyle istnień? Codziennie ktoś dowiaduje się, że ma raka, a mimo to jego losem przejmują się "jedynie" bliscy. Czasami ten ktoś pisze, podobnie jak Joanna, bloga, który staje się dziennikiem codzienności z chorobą. Czym więc ludzi ujęła Joanna Sałyga?

Żywioł, który się nie poddaje, który walczy z rakiem i oswaja wroga, a jednocześnie zaczyna traktować zbira jak nieodłączną część siebie i pieszczotliwie nazywać "rakelcią" - to Joanna. Inteligentna, bezpośrednia, silna kobieta, której codzienne życie zafascynowało spore grono osób, mniej lub bardziej anonimowych czytelników bloga Chustka. Nie należałam do tego grona. Zajrzałam na bloga kilka razy, trafiając tam zazwyczaj za pośrednictwem innych stron internetowych. Nigdy nie zostałam na dłużej, nie wczytywałam się w posty, więc nie czułam i nie czuję się emocjonalnie związana z ich autorką. To pozwala mi obiektywnie spojrzeć na książkę, która jest tak naprawdę papierowym zapisem bloga. Wersją skróconą, pozbawioną wielu fotografii, linków do ulubionych muzycznych kawałków.

Blog pisany "ku pamięci", dla syna, dla siebie, ku przestrodze. Wielokrotnie z przesłaniem, by dbać o codzienność, być uważnym i ciepło witać każdy dzień. Nie poddawać się, nie wkurzać bez powodu (nie warto). ŻYĆ...

więc zapamiętaj.
wierz w ideały i walcz o nie.
bądź dobry i sprawiedliwy.
zawsze szukaj prawdy.
kochaj całym sercem.
tylko wtedy będziesz żyć.

pytaj, błądź, stawaj w poprzek, płyń pod prąd, znajduj.
sam wyznaczaj drogę.
nigdy nie uginaj karku.
masy nie pokonasz, ale kropla drąży skałę.
celebruj swoje życie.

Popularność (wstrętne słowo) Chustki wynika z tego, jakim człowiekiem była Asia, jak postrzegała codzienność i jak o niej pisała. Jej dziennik nie służy umartwianiu się nad własnym losem, choć autorka bloga miała pełne prawo do użalania się, analizowania, rozwarstwiania przyczyn. Joanna nie skupia się na chorobie, nie rozkłada jej na części pierwsze, choć onkologiczne formuły i sesje kolejnych chemioterapii przewijają się przez cały tekst. Wydaje się niemożliwe pomijać w opisach dnia czynności, które ten dzień determinują i mają wpływ na samopoczucie, na funkcjonowanie, na aktywność życiową.

Czytałam tę książkę i, o dziwo, nie wylałam morza łez, choć przed rozpoczęciem lektury byłam przekonana, że emocje mnie pokonają. Nie oznacza to jednak, że się nie wzruszyłam. Chustka sprawi, że człowiek na chwilę się zatrzyma, refleksyjnie i spokojnie spojrzy na dom, bliskich, przyjaciół. Na siebie. I przypomni sobie o tym, co najważniejsze.

środa, 19 czerwca 2013

Strzępy minionej rzeczywistości.

Patti Smith
Poniedziałkowe dzieci
Czarne, 2013


Trafiały się takie dni, dni szare i dżdżyste, gdy brooklyńskie ulice godne były fotografii - każde okno obiektywem leiki, ziarniste, nieruchome obrazy...

Biorę do ręki książkę Patti Smith. Zamieram, wpatrując się w zdjęcie na okładce. Po chwili spoglądam na tekst, zamieszczony obok fotografii. Fragment większej całości. Już wiem, że ta książka stanie się ważna, że będę się starała czytać ją powoli, uważnie...by delektować się każdym zdaniem...ale polegnę, zachłystując się słowami.

Patti Smith, pisarka, poetka, artystka, muzyk rockowy, kobieta wielowymiarowa.  Robert Mapplethorpe, fotograf. Losy tych dwojga splotły się w Nowym Jorku, w roku 1967......w tym małym wycinku czasoprzestrzeni porzuciliśmy naszą samotność i razem zastąpiliśmy ją ufnością (s.44).
Idealiści, outsiderzy, pełni pasji, zachłanni na życie. Pragnęli wyrażać siebie - Ona w muzyce rockowej, On w fotografii. Zafascynowani Nowym Jorkiem, błąkali się po zgliszczach lat 60-tych, szukając inspiracji, poddając się magnetycznemu urokowi bohemy i kultowego hotelu Chelsea. Wolni duchem, nieco poszarpani, skupieni przede wszystkim na wielowarstwowym świecie wewnętrznym. Utalentowani.

Normy ograniczały ich wolność. Patti podkreślała, że zawsze będzie tylko sobą: należę do klanu Piotrusia Pana i nigdy nie dorosnę (s.18). Pierwsze lata w Nowym Jorku były ciężkie, choć miasto niezmiennie inspirowało...

Żyłam w świecie swoich książek, z których większość napisano w XIX wieku. Chociaż byłam gotowa spać na ławkach, w metrze i na cmentarzach, dopóki nie znajdę pracy, nie mogłam sobie poradzić z doskwierającym mi głodem. Byłam chudzielcem o szybkiej przemianie materii i dużym apetycie. Nie mogłam się wyżywić romantyzmem. Nawet Baudelaire musiał jeść. W jego listach często dochodziło do głosu rozpaczliwe wołanie o mięso i porter (s.39)

Patti i Robert przetrwali wiele, bo żyli sztuką. Ta kapryśna dama uskrzydlała ich codzienność, karmiła zmęczone dusze, dawała nadzieję na przyszłość. Uzależnieni od siebie, zafascynowani sobą, spełnieni. Piękni. W otoczeniu ówczesnych artystów rozkwitali, ciesząc się jak dzieci z wyjątkowych spotkań. Janis Joplin, Allen Ginsberg, Andy Warhol, Jimi Hendrix...cudowne lata 70-te.

Czytając wspomnienia Patti Smith, przenosimy się w czasie. Wszystko, czego doświadcza artystka, staje się bliskie. Słowa zapadają w pamięć. Inspirują do myślenia. Jej życie fascynuje.
Patti pozwala zajrzeć za kulisy swego życia, pokazując świat, którego już nie ma. Rozmawia z czytelnikiem językiem miłości, pokoju, pasji. Budzi do życia.

Poniedziałkowe dzieci to intelektualna uczta.
Tęsknię za taką literaturą.

wtorek, 12 czerwca 2012

Kathy Golski "Pod opieką przodków".

Kathy Golski
Pod opieką przodków. Polsko - australijska rodzina w Papui Nowej Gwinei.
Gondwana, 2006

On, Ona i czwórka dzieci: trzynastoletnia Nadia, dwunastoletni Jan, dziesięcioletni Miszka i trzytygodniowy Rafał.
On - antropolog. Ona - malarka, artystka.
On - Polak. Ona - Australijka.
W 1981 roku wyruszyli do Papui. Zamieszkali w Rulnej, daleko od cywilizacji, od rodziny. Mieli siebie i członków plemienia Gamegai, z których niektórzy szybko stali się częścią ich familii.

Czy było łatwo i przyjemnie? Zdecydowanie nie. On zajął się pracą naukową, badaniem plemion i często wyruszał do buszu. Na nią spadły niemal wszystkie obowiązki, a życie białej kobiety w dżungli i opieka nad czwórką dzieci, nie mogą być proste. Kathy nie kryje frustracji, zniechęcenia, złości. Czuje się osaczona, pozbawiona intymności, często bezradna. Jednocześnie wie, że ta przerwa w "normalnym" życiu to czas wyjątkowy, który może być udziałem nielicznych. Przypuszcza, że za chwilę plemię, z którym mieszka (i inne plemiona) może przestać istnieć. Cywilizacja wkrada się wszędzie i niszczy pierwotność i prostotę życia dzikich.

Ten czas najmocniej kształtuje życie dzieci, szczególnie Nadii, która szybko aklimatyzuje się do nowych warunków. Zmienia się, staje się kobietą Gamegai. Jakby nie znała innego życia.
Dziś Nadia jest piosenkarką, nagrywa płyty w Papui Nowej Gwinei.

Kathy Golski nie jest najlepszą pisarką, ale czytałam jej dziennik jednym tchem. To szczere i bardzo osobiste wspomnienia niezwykłego dla całej rodziny czasu. To jednocześnie dokument na temat codziennego życia ludzi z plemienia Gamegai.

Zderzenie dwóch, a nawet trzech kultur zwiastuje pasjonującą, ale i pełną zgrzytów egzystencję. Kathy obserwuje, notuje, dziwi się albo zachwyca:

Tutaj można być po prostu tym, kim się naprawdę jest. Talenty są od razu rozpoznawane i praktycznie stosowane (...) U nas musimy studiować i walczyć, żeby móc wykorzystywać nasze zdolności, spełniać ambicje i zarabiać na życie (s.129).

Gdy zostawia swe najmłodsze dziecko pod opieką dwójki mieszkańców Rulnej, odruchowo zasypuje ich butelkami, pieluchami, wszystkim, co wydaje jej się potrzebne, by Rafałowi było dobrze. Po chwili jednak przytomnieje:

Co za szaleństwo! Ich dzieci nie potrzebują niczego prócz paru liści na dnie kolorowego bilum* i nigdy niewysychającego źródła smacznego mleka w matczynej piersi (s.202).

Bardzo ciekawa książka, okraszona fotografiami, przedstawiającymi codzienne życie plemienia, z którym polsko - australijska rodzina spędziła dwa lata. Jednak mieszkańcy Rulnej na zawsze zmienili ich życie. Kathy, Woj i ich dorosłe już dzieci wciąż wracają do Papui, bo  głosy Rulnej mają w sercu. Niektórzy z przyjaciół nie żyją, inni zmienili się nie do poznania.

Kathy wiedziała, że to dziwne życie wpłynie na przyszłość jej dzieci; zawsze będziecie nieśli je ze sobą, w sobie, zabarwi wasze decyzje, wasze zachowanie (s.182).

Nie myliła się.


*siatkowa torba z materiału, używana do przenoszenia niemowląt, żywności, itp.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...