środa, 31 października 2012

Astrid Lindgren "Dzieci z ulicy Awanturników".

To nie tak, że mam słabość do Astrid Lindgren. Po prostu tę pisarkę lubię.
To nie tak, że jestem wobec jej twórczości całkowicie bezkrytyczna. Raczej wybiórczo.
Mam słabość do Pippi, do Lotty i do dzieci z Bullerbyn.
Nie przepadam za Emilem, a Karlssona jeszcze nie poznałam.
Jednak doceniam bardzo kobietę, która wyprowadziła literaturę dla dzieci na manowce.
Tak właśnie myślę o Astrid. W czasach, gdy dzieci głosu nie miały, stworzyła niebanalną, zawadiacką i absolutnie wywrotową Pippi, która zatrzęsła światem Tommy'ego i Anniki, a później opanowała grzeczne umysły, wychowanych zgodnie z ówczesną etykietą, dzieciaków.
Sukces jej opowieści opiera się na tym, że zawsze pamiętała, jak to jest być dzieckiem.

Astrid Lindgren
Dzieci z ulicy Awanturników
Nasza Księgarnia 1994

W Dzieciach z ulicy Awanturników (ulica tak naprawdę nazywa się inaczej, ale tatuś Jonasa, Mia Marii i Lotty stwierdził, że ta nazwa bardziej oddaje charakter jej mieszkańców) zebranych zostało kilka opowiadań. Mali bohaterowie tych historii są ciekawi świata i fajni, ale na pierwszy plan (jak dla mnie) wysuwa się postać najmłodszego dziecka - Lotty. To dziewczynka rezolutna, odważna, pełna pomysłów, wciąż goniąca za starszym rodzeństwem. Uroczy łobuziak, który rozśmieszy i pocieszy. Lotta ma swoje powiedzonka, a gdy próbuje innym tłumaczyć świat, często kończy zdanie poważnym: chyba to rozumiesz...
Jej pokręcone często i, co oczywiste, dziecinne rozumienie świata brata, siostry i rodziców jest rozbrajające. Na sugestię mamy, która twierdzi, że Lotta jest zmęczona, dziewczynka zgrabnie zaprzecza: Mam nogi pełne biegania (s.86)...Nie sposób się nie uśmiechnąć.

W świecie Astrid Lindgren dzieci nie oglądają telewizji, nie grają na komputerze...Raczej, niezależnie od pogody, szaleją na świeżym powietrzu, wymyślając coraz nowsze zabawy. Projektują swój dziecięcy świat według starych zasad. Ja z dzieciństwa nie pamiętam czasu przed telewizorem, mimo iż takowy w domu był (aż tak stara nie jestem), komputer poznałam dopiero w szkole (na pierwszych lekcjach informatyki) i długo nie zagościł w naszym pokoju, telefonu nigdy nie miałam (pojawił się w moim życiu, gdy skończyłam 23 lata). Pamiętam za to długie godziny gry w gumę, w palanta, w sznura, pikniki na trawie...budowanie w domu namiotów, zabawę w sklep...Tak, wiem, i dziś dzieci bawią się na podwórku i w domu, ale mam wrażenie, że z roku na rok te zabawy są wypierane przez coraz to nowsze wynalazki współczesnego świata. Nie chodzi o to, że każda nowość przynosi szkodę naszym dzieciom, a wszelkie elektroniczne gadżety są be, ale bardzo zależy mi na połączeniu "starego" i "nowego", by osiągnąć arystotelesowski złoty środek.

poniedziałek, 29 października 2012

Kate Morton "Zapomniany ogród".

Kate Morton
Zapomniany ogród
Albatros 2009

Kate Morton pięknie snuje swe historie. Opowieści, którymi nas karmi, uszyte są ze skrawków magii i świata realnego. To patchwork rodzinnych tajemnic, przetykany niepewnością i potrzebą zgłębiania przeszłości. To, co było jest równie ważne jak to, co jest. 

Czytam już inne książki, ale cały czas jestem w Zapomnianym ogrodzie, opanowanym przez radość, ale i nieszczęście. Miejscu, w którym drzemią tajemnice przeszłości. Ogród czeka na przybysza, którego oczy dostrzegą niewyjaśnione, a chatka w nim ukryta stanie się dla gościa schronieniem.

Nie sposób opisać powieści Morton. Nie chcę tego robić. Jakiekolwiek słowa zepsują ewentualnym czytelnikom lekturę. Nadgryzą tajemnicę, którą pachnie i smakuje ta książka.
Zapomniany ogród to historia trochę mroczna, trochę słoneczna. Baśniowa. 
Na trzech planach czasowych rozgrywają się niezwykłe koleje losu kobiet. Tajemnice sprzed lat odkrywa współcześnie Cassandra, która zaskoczona spadkiem po zmarłej babci, wyrusza do Anglii, by zobaczyć swój nowy dom. Jej babcia, Nell, przed laty też odbyła podobną podróż, by poznać siebie. Wszystkie drogi prowadzą do dworu Blackhurst, gdzie na początku XX wieku, mieszkały Rose i Eliza...

Piękna powieść. Przeplatana baśniami. Historia, w której duchy przeszłości tworzą teraźniejszość.

Przeczytałam dwie książki Kate Morton i obie uwielbiam. Autorka wspaniale pisze. Jestem zauroczona stylem, w którym odkrywam charakterystyczne dla jej pióra rysy.


piątek, 26 października 2012

Nad życie (reż. Anna Plutecka - Mesjasz, 2012)

www.filmweb.pl 

Zryczałam się. Tylko tyle.
Nie sposób się nad historią życia Agaty nie pochylić ze wzruszeniem.
To nie jest bardzo dobry film. Raczej średni, ale człowieka, który ogląda go z sercem, dotknie refleksja nad znaczeniem małych gestów, nad życiem właśnie.

Zawiesiłam się na chwilę. Pomyślałam. Łez wiele uroniłam.
Przeczuwałam własne reakcje przed seansem. Trochę siebie znam.


środa, 17 października 2012

Szymon Hołownia "Ludzie na walizkach".

Szymon Hołownia
Ludzie na walizkach
Znak 2008

Zapis rozmów Szymona Hołowni z ludźmi, którzy codziennie obcują z cierpieniem, są blisko śmierci, przeżywali ból i chorobę najbliższych. Portrety ludzi silnych i mądrych.

Trudno pisać o tej książce. Nie spodziewałam się, że spotkanie z książką Hołowni wzbudzi we mnie tyle emocji: płacz, wzruszenie, niedowierzanie, ale i uśmiech, nadzieja...Bohaterowie wywiadów opowiadają o rzeczach trudnych, o wielkich nieszczęściach, o stracie, ale nie są ludźmi, którzy zapadli się w cierpieniu. Mają w sobie ogromną siłę, dyskretną wiarę. Nie znają odpowiedzi i nie próbują umoralniać, ale mądrze opisują realia, nie tłumiąc emocji.
Tematy, poruszone w książce, wywołują wiele etycznych dylematów. Nie ma jednej prawdy. Nie ma prostych dróg. Człowiek pokornieje wobec takich opowieści.

Zachodnia cywilizacja nie ceni już życia jako wartości samej w sobie. Ludzie nie radzą sobie z cierpieniem, bólem, starością, śmiercią. Interesująca jest opowieść jednego z rozmówców, który opisuje to zjawisko (syndrom naszych czasów) na przykładzie Szwajcarii i Kalkuty. W Europie istnieje luksusowy dom opieki, w którym połowa mieszkańców nie umiera z powodu choroby, ale popełnia samobójstwa. Dlaczego? Pomimo wspaniałych standardów życia, ludzie ci czują się niepełnowartościowi. Tymczasem w biednej Kalkucie ceni się życie jako życie i nawet ludzie okaleczeni, schorowani, trędowaci walczą do końca. Człowiek Zachodu pyta: po co? co to za życie? Dla nas wartościowa egzystencja to taka, w której obraz życia nie odbiega od przyjętych standardów. Odchylenia od normy (?) wzbudzają strach, są nieprzewidywalne. Jak człowiek np. niepełnosprawny ma się czuć w społeczeństwie niepewnym?

Najbardziej poruszyła mnie historia dr Kazimierza Szałaty. Jak wiele nieszczęść może spaść na jednego człowieka? I skąd czerpie on siłę, by nadal codziennie funkcjonować?

Ważna, mądra, skłaniająca do wielu refleksji i wywołująca ogrom emocji książka.

poniedziałek, 15 października 2012

Arkadiusz Niemirski "Testament bibliofila".

Arkadiusz Niemirski
Testament bibliofila
Ossolineum 2005

Kryminał to czy powieść przygodowa? Historia, zgrabnie opowiedziana przez Arkadiusza Niemirskiego, nie trzyma w napięciu, ale ciekawi. Przywykłam ostatnio do kryminałów w stylu skandynawskim i nasz rodzimy mocno od nich odbiega. Skłaniam się ku temu, by Testament bibliofila zaliczyć do powieści przygodowych, wszak zbrodni nie ma, choć jest detektyw. Fabuła książki opiera się na tajemnicy i próbach jej rozwikłania, na poszukiwaniu skarbu, na penetrowaniu kórnickiej biblioteki i okolic. Akcja powieści toczy się w Wielkopolsce, a dokładnie w okolicach Poznania - odwiedzamy zamek w Kórniku, zdarza się nam bywać w stolicy Wielkopolski i we Wrześni. Wycieczki krajoznawcze stanowią tylko tło do poczynań pewnej rodziny, która wszelkimi sposobami stara się uzyskać prawa do spadku po zmarłym seniorze rodu. Emanuel Karski - bibliofil, architekt, ekscentryk - zadbał o to, by jego dzieci "pobawiły się" trochę w szpiegów, pogłówkowały, zanim dobiorą się do spuścizny po tatusiu.
Żywo zainteresowani skarbem potomkowie imają się różnych sposobów, by przedmiot pożądany zdobyć. Nie wiedzą, czego szukają, ale nie przeszkadza im to rywalizować między sobą. Wciąga ich ta gra, która momentami robi się niebezpieczna, ale straszna na miarę powieści detektywistycznej dla młodzieży.

Moją uwagę przykuł przede wszystkim tytuł książki, ale po kilkunastu stronach zostałam "wciągnięta" w akcję poszukiwawczą, przetykaną historycznymi ciekawostkami na temat zamku w Kórniku.
Lekka, przewidywalna, ale całkiem interesująca lektura. Powieść przygodowa w starym stylu. Momentami Niziurski, chwilami Chmielewska - takie miałam skojarzenia.

niedziela, 14 października 2012

Teresa Monika Rudzka "Bibliotekarki".

Teresa Monika Rudzka
Bibliotekarki
Skrzat 2010

To nie jest dobra literatura, ale przeczytałam tę książkę w dwa wieczory.

Na okładce czytam: bibliotekarski dramat w aktach niezliczonych. To zdanie najlepiej oddaje charakter lektury, która łączy w sobie wątki dramatyczne i komediowe, ale czytelnik śmieje się przez łzy, przerażony realiami pracy bibliotecznej.
Układy, układziki, zawiść, złośliwość, nieprzygotowanie do zawodu...to tylko niektóre dramaty filii blibliotecznych w dużym mieście. Kobiety, bo to one stanowią większość w tym zawodzie, są w książce opisane jako istoty okrutne, bezwzględne, zdewociałe i krótkowzroczne. Wśród wielu postaci płci żeńskiej nie znalazłam żadnej, którą choć trochę bym polubiła. Obłudne charaktery bibliotekarek wzbudzają niesmak, a często odrazę. Kobiety czekają na potknięcia drugiej, kluczą, kombinują. W takim środowisku nie ma miejsca na dobrą znajomość, nie wspominając o przyjaźni. Tu liczy się przetrwanie i na tym codziennie skupiają się bibliotekarki. Koszmar jakiś.

Wszystkie postaci i sytuacje, opisane w Bibliotekarkach są fikcyjne, ale tak, podobno, wygląda praca w bibliotece. Nie wierzę. Jestem rozczarowana, zniesmaczona, wstrząśnięta. Nie chcę, aby to była prawda, bo burzy mi to obraz miejsca, które uwielbiam. Okazuje się, że w bibliotece lepiej nie dyskutować z ludźmi o literaturze (s.220), a czytelnicy potrafią skarżyć się na to, że pracownice wdają się w takowe rozmowy, przez co efektywność ich pracy spada, a biblioteka nie jest przecież salonem kulturalnym.

Książka napisana słabo, ale jej wielkim atutem jest humor sytuacyjny. Mnie rozśmieszyła, choć często był to śmiech przetykany niedowierzaniem i przerażeniem.
Mam wrażenie, że wiele zdarzeń zostało przerysowanych na potrzeby książki. Zaskoczona jestem tym, jakie skargi i listy napływają do dyrektora biblioteki, na co ludzie zwracają uwagę, czego się "czepiają". Absurdalne to, a przez to jeszcze bardziej zabawne.

Bibliotekarki to książka, którą dobrze się czyta. Nie chcę jednak zapamiętać obrazu biblioteki, jakim "karmi" czytelnika. Wolę żyć w błogiej nieświadomości, może wyidealizowanej, ale już nadpsutej lekturą Rudzkiej.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...