Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura polska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 maja 2016

Beata Pawlikowska między światami...

Beata Pawlikowska i jej żółte karteczki, emanujące pozytywną energią, jej podróże po świecie, kompulsywne niemal spisywanie myśli, emocji, porad życiowych... Jednych Pawlikowska drażni, inni uwielbiają jej spojrzenie na świat i chętnie sięgają po kolejne książki pani Beaty, niezależnie od tego, czy dotyczą sztuki życia, czy zdrowego odżywiania.
Beata Pawlikowska jest człowiekiem wszechstronnym, ciekawym świata, pełnym energii i pasji, bardzo pozytywnym i uważnym na życie.
Mnie ostatnio, o czym pisałam przy okazji wyrażania opinii na temat Sztuki prostoty Loreau czy Minimalizmu po polsku Mularczyk - Meyer, ta UWAŻNOŚĆ NA ŻYCIE, BYCIE TU I TERAZ, DBANIE O SIEBIE bardzo urzeka i dlatego z wielką przyjemnością czytam książki, które pokazują, jak żyć piękniej, spokojniej, głębiej.


Między światami Beaty Pawlikowskiej to książka, w której autorka ponownie opowiada o swoich życiowych doświadczeniach. Nie skupia się jednak na jednym aspekcie funkcjonowania, ale porusza wiele tematów. Pisze o ewolucji w postrzeganiu własnej osoby, o sposobie odżywiania się, o podróżach. O tym, co znaczy być bogatym i kto naprawdę jest biedny. Znalazłam wiele akapitów, które domagały się podkreślenia, zapisania (na żółtej karteczce:)), podzielenia się z innymi.
Książka jest trochę kompilacją, trochę podsumowaniem, a przynajmniej takie odniosłam wrażenie, choć wiem, że autorka ma jeszcze wiele do powiedzenia i Między światami nie jest ostatnim tytułem w jej twórczości.

Jestem świeżo po lekturze nie tylko Między światami Pawlikowskiej, ale również Smaku szczęścia Agnieszki Maciąg i Możesz uzdrowić swoje życie Louise L. Hay. Przede mną spotkanie z książką Ajurweda. Tajemnice medycyny holistycznej Deepak Chopra.
W międzyczasie podczytuję powieści (obecnie Vernon Subutex Despentes, dzięki uprzejmości @moniokap), ale potrzebuję książek, które porządkują mój świat. W tym momencie życia odnajduję siebie w rytmie slow i szukam w codzienności harmonii. Uczę się bycia tu i teraz, coraz częściej widząc sens w takim odbiorze świata, który nie odwraca się w stronę przeszłości i nie spogląda zbyt często w przyszłość. Jestem teraz. Skupiam się na tym, by dzień był dobry, by spędzić go z bliskimi memu sercu ludźmi, nie marnuję czasu na oglądanie telewizji, zaprzyjaźniam się z jogą. Szukam inspiracji. Czytam książki, dzięki którym czuję się lepiej, które mnie wzmacniają, pokazując mądrą drogę, na której mogę wydeptać własne ścieżki. Lubię takie tytuły, z których czerpię pozytywną energię, bo bardzo wierzę w siłę myślenia i w holistyczne spojrzenie na człowieka, na świat.
Lubię Beatę Pawlikowską.

środa, 24 lutego 2016

Autoportret z Lisiczką.


Marta Fox Autoportret z Lisiczką Mała Kurka, 2013

Ta kobieta żyje także po to, bym poczuła się mniej pojedynczo - pisze Marta Fox o Zofii Chądzyńskiej, pisarce, tłumaczce prozy Julio Cortazara. Mogłabym skopiować te słowa i użyć ich, wspominając autorkę Autoportretu z Lisiczką albo Sonię Raduńską. Czytając książki tych kobiet czuję się, jakbym rozmawiała z bliskimi osobami, bratnimi duszami, które ubierają w słowa moje myśli. Znajomość z Martą Fox rozpoczęłam wcześnie, w szkole podstawowej, wypożyczając z biblioteki niewielkich rozmiarów powieści Agaton Gagaton i Batoniki Always miękkie jak deszczówka. Dziś nie pamiętam, dlaczego te książki mają takie tytuły, nie przypominam sobie ich treści, ale na początku nauki w liceum sięgnęłam po mini powieści z serii Pierwsza miłość i już wtedy twórczość pisarki stała się bliska memu sercu. Jednak totalnie zawładnęła mną książka Wielkie ciężarówki wyjeżdżają z morza, do której chcę po latach wrócić i przekonać się, czy nadal każde słowo tej powieści jest równie ważne jak wtedy, gdy miałam szesnaście lat. Wielkie ciężarówki... to pierwsza powieść dla dorosłych w dorobku Marty Fox. Jeden z egzemplarzy, które mam na półce (są dwa) jest zapisany czerwonym cienkopisem, całe akapity są podkreślone, autorka lubi czerwień.
Przeczytałam niemal wszystko, co wyszło spod pióra pisarki. Nie znam jej najnowszych powieści dla młodzieży (np. Iza Anorektyczka, Zołzunie), na swój czas czeka książka Zuzanna nie istnieje. Uwielbiam Ogrodników Północy, Czerwień raz jeszcze daje czerwień, Nie jestem, która wszystko zniesie, Magda.doc. Teraz do tego grona dołącza Autoportret z Lisiczką. 

Autoportret... to podróż przez życie pisarki, czytelnika, matki, wrażliwca. To spisane na papierze chwile fascynacji, podróży, rozmów, myśli. To portret człowieka zaangażowanego, który wie, co jest dla niego w życiu najważniejsze. Chciałam sobie dawkować poszczególne teksty, ale nie umiałam. Jak zaczynam czytać Martę Fox, czytam zachłannie, rzucając się na słowa.

Czy to możliwe, że aż tyle przeżyłam? Ile zataiłam? Ile przeinaczyłam, podkolorowałam, by pokazać siebie w dobrym świetle? Mam nadzieję, że w labiryncie słów, wydarzeń, obrazów i książek mój Czytelnik odkryje coś, co zasłuży na jego pamięć.

Podzielam miłość Marty Fox do Julio Cortazara, Jeanette Winterson, Zofii Chądzyńskiej, do filmu Tajemnica Brokeback Mountain. I jeszcze kilka innych miłości podzielam.

piątek, 19 lutego 2016

Szary domek.


Herbatkowe Miastko. Ładna nazwa. Mogłabym w takim miasteczku zamieszkać. I codziennie rozmawiać z Wiatrem, czytać książki zgromadzone na strychu i podejmować gości gorącą herbatą.
Ciepło tu. Przytulnie. Od razu czujesz, że jesteś w tym miejscu mile widziany.
Szary Domek szuka przyjaciela i nie ma szczęścia do ludzi, którzy przychodzą z wizytą. Czuje się zagubiony wśród kolorowych domów, zaprasza więc do siebie coraz to nowych mieszkańców. Jednak ani Noc, ani Szary Wilk, ani Wiedźma, ani Niszczydom nie są w stanie wypełnić pustki w sercu bohatera. Wiatr dodaje mu otuchy, przegania samotność. Wiatr jest przyjacielem. I nie tylko Wiatr. Ktoś jeszcze niemal niezauważalnie, ale codzienne myszkuje po kątach i opiekuje się Szarym Domkiem. Domowy Duszek nie czuje się wyjątkowy; łatwo go przegapić, bo jest szary i niepozorny, więc wychodzi z ukrycia, kiedy Domek śpi. Do czasu...

Opowieść Katarzyny Szestak zdecydowanie zasługuje na wyróżnienie. Napisana pięknym, poetyckim językiem, ładnie zilustrowana przez Natalię Jabłońską, potrafi zachwycić i młodego, i nieco starszego czytelnika. Szary Domek opowiada o samotności, tęsknocie, byciu potrzebnym i kochanym. O tym, że to, co wyjątkowe łatwo przegapić w codzienności. O znaczeniu małych gestów.


niedziela, 14 lutego 2016

Sekretne życie motyli.

Joanna Onoszko Sekretne życie motyli Znak, 2011

Książka Joanny Onoszko wywołała wiele emocji, kiedy trafiła do sprzedaży, ponieważ demaskuje oszustwa, związane z dokumentowaniem pewnej wyprawy oraz oskarża znanych i nagradzanych wspinaczy. Nie da się ukryć, że afera wokół Sekretnego życia motyli "zrobiła" przeciętnej książce reklamę.
Eliza Kubacka i David Kaszlikowski uznali, że powieść narusza ich dobra osobiste. Na prośbę podróżników, oczernionych w książce, sąd zakazał rozpowszechniania tytułu do czasu wydania prawomocnego wyroku.
Niezależnie od tego, jak wiele prawdy jest w opowieści Onoszko, jej publikacja wywołała wiele burzliwych dyskusji i doprowadziła do tego, że duetowi alpinistów odebrano "Jedynkę", najbardziej prestiżową nagrodę dla polskich wspinaczy.

Pomijając temat podjęty na stronach Sekretnego życia motyli, jest to po prostu słabo napisana książka i dlatego nie czytałam jej z przyjemnością. Joanna Onoszko napisała o wyprawie na Grenlandię, której celem było nakręcenie filmu dokumentalnego o alpinistycznym wyczynie sprzed dwóch lat. Książka obfituje w skrajne uczucia, częściej negatywne. Ciężko stwierdzić, co jest prawdą, a co fikcją literacką. Jeśli większość, o czym pisze autorka, to fakty, można załamać ręce nad kłamstwami, w które my, zwykli zjadacze chleba, wierzymy. Po lekturze człowiekowi jest zwyczajnie smutno, ponieważ uświadamia sobie swoją naiwność i zaczyna weryfikować własne zachwyty. Szkoda, bo jednak podróże, wspinanie, samotne i wyczerpujące wyprawy, wymagające ogromnej determinacji, powinny zachwycać szczerością, a nie pokazywać przygładzony, oszukany świat, który nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Nie generalizuję, ale mam za złe niektórym (wiadomo którym), że są przyczynkiem do zastanawiania się nad prawdą i fałszem w ekstremalnym podróżowaniu.

poniedziałek, 8 lutego 2016

Minimalizm.

Minimalizm zaczyna się wraz z uświadomieniem sobie, jak niewielka część tego, co posiadamy wystarczyłaby nam do przeżycia (...) Wszystko ponad owo wystarczające minimum jest zbędnym obciążeniem. Można się tego ciężaru pozbyć i zobaczyć, co z tego wyniknie. Nie jest to jednak wykonalne, dopóki nie uwolnimy się od żądzy posiadania.

Ktoś powiedział: "Kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie posiadamy, żeby zaimponować osobom, na których nam nie zależy". To gorzka refleksja, ale niestety zbyt często prawdziwa.

Anna Mularczyk - Meyer Minimalizm po polsku Black Publishing, 2014

Przypomniał mi się prezydent Urugwaju, który uważa, że szczęście daje od zawsze kilka rzeczy: miłość, rodzina, dzieci, przyjaciele. Biedni są nie ci, którzy mają mało, ale ci, którzy potrzebują wiele (...) Kiedy ja coś kupuję lub kiedy ty coś kupujesz, nie płacimy za to pieniędzmi! Płacisz godzinami swojego życia, które poświęciłeś, by na to zarobić (wywiad z tym mądrym człowiekiem przeczytałam w Wysokich Obcasach).

Autorka Minimalizmu po polsku pisze mądrze, lekko i interesująco o uważnym życiu. Dla każdego, kto czuje, że potrzebuje zmiany. Nie radykalnej, ale stopniowej. Dla tych, co chcą bardziej być, a mniej mieć, bo jak powtarzał Mahatma Gandhi bądź zmianą, którą pragniesz ujrzeć w świecie.

środa, 3 lutego 2016

Powidoki.

Może każde takie spotkanie, ci wszyscy przypadkowi ludzie na mojej drodze, zabierają jakąś cząstkę mnie, a ja zabieram cząstkę ich, i jedyne co po nas pozostaje, to niewyraźne, rozmazane powidoki, w których później, po latach, na próżno usiłujemy siebie odnaleźć.

Piotr Strzeżysz Powidoki Bezdroża, 2014

Lubię blog Piotra Strzeżysza.
Lubię, jak posługuje się słowami, by opisać swoje spotkania z ludźmi na różnych kontynentach.
Lubię cytaty, które wybiera, czytając książki innych pisarzy.
Bardzo pozytywny, ciepły człowiek, który nie tylko pięknie podróżuje, ale też pięknie o tym podróżowaniu pisze.
Tej książki nie da się opowiedzieć.
Tę książkę trzeba przeczytać.

niedziela, 24 stycznia 2016

Katarzyna Puzyńska "Więcej czerwieni".

Zadomowiłam się w Lipowie. Wróciłam do tej wsi z przyjemnością i, jeszcze zachłanniej niż w przypadku historii, opowiedzianej w Motylku, śledziłam losy śledztwa w sprawie zabójstwa kilku kobiet. Tym razem Klementyna Kopp i Daniel Podgórski od początku prowadzili dochodzenie.

Katarzyna Puzyńska Więcej czerwieni Prószyński i S-ka, 2014


W drugim tomie serii autorka przybliża postać komisarz Kopp, która jest kobietą tajemniczą i nieprzystępną, choć myśli o sobie "komiczna stara baba". Daniel Podgórski dołącza do śledztwa, prowadzonego przez komisariat w Brodnicy (w tym tomie pani Maria nie rozpieszcza syna i jego współpracowników domowymi ciastami), choć zakochany po uszy w Weronice Nowakowskiej mężczyzna żałuje, że będzie miał mniej czasu na spotkania z ulubioną kobietą. Z drugiej strony, jak wiedzą czytelnicy pierwszego tomu, ambicją szefa lipowskiego komisariatu jest praca w Brodnicy i zajmowanie się poważnymi kryminalnymi sprawami.

Nadarza się okazja, ponieważ niedaleko Lipowa, w niewielkim odstępie czasu zostają odnalezione zwłoki dwóch młodych kobiet. Policja podejrzewa seryjnego zabójcę, który brutalnie okalecza swoje ofiary. Podejrzenia padają na mężczyzn, pracujących w ośrodku Słoneczna Dolina, ale żadnemu z nich nie można niczego zarzucić. Wszelkie tropy prowadzą na manowce, a pojawiające się wskazówki tylko przez chwilę budzą w policjantach radość na rychłe rozwiązanie kryminalnej zagadki. Co więcej, giną kolejne osoby i śledztwo staje się coraz bardziej skomplikowane.

W tym tomie pojawiają się nowi ciekawi bohaterowie, jak nadkomisarz Wojciech Cybulski, który nie jest spokrewniony ze Zbigniewem Cybulskim, choć byłoby to dla niego zaszczytem oraz jego żona Żaneta i jej domniemany kochanek - dyrektor szkoły w Żabich Dołach, Eryk Żukowski. Jest jeszcze zapięta pod szyję asystentka "Żuka", jego była uczennica, Bernadetta Augustyniak, która od początku wzbudza mieszane odczucia swą przesadną skromnością. Dzieje się...

Nic nie poradzę na to, że doskonale czuję się w Lipowie i w okolicach. Zżyłam się z głównymi bohaterami, lubię klimat małej społeczności, kryminalna zagadka też wciąga. Więcej czerwieni czytałam zachłanniej niż Motylka. Obie świetne. Jak dobrze, że kolejne trzy tomy powieści czekają na domowej półce z książkami.

czwartek, 7 stycznia 2016

Arka czasu.

Marcin Szczygielski Arka czasu Stentor, 2013


Jeśli dziś Morlokowie opanowali cały świat i wszystkich krzywdzą, a jutro uda się ich pokonać, trzeba będzie o tym pamiętać, żeby już nigdy w przyszłości nie pojawili się następni.

Morlokowie to bohaterowie powieści Herberta Georga Wellsa Wehikuł czasu. W książce Marcina Szczygielskiego dziewięcioletni Rafał Grzywiński, chłopiec, który dużo czyta i myśli, okupujących Warszawę Niemców utożsamia z Morlokami. Podczas lektury Rafał uświadamia sobie, że świat przedstawiony w książce angielskiego pisarza, choć pokazuje odległą przyszłość, jest znajomy. W Dzielnicy, jak wszyscy określają warszawskie getto, niemieccy żołnierze są jak Morlokowie, a Żydzi to Eloje. Kiedyś wszyscy byli do siebie podobni, nikt na nikogo nie polował. Teraz jednak wszystko się zmieniło, bo jest wojna i nagle jedni czują się lepsi od innych.
Rafał w Dzielnicy żyje trochę pod kloszem, zaopiekowany przez zaradnego Dziadzia. Wie, że obecna sytuacja nie jest normalna, ale z wielu rzeczy nie zdaje sobie sprawy. Niebezpieczeństwo czai się za rogiem, jest biednie, ale chłopiec czuje się szczęśliwy u boku dziadka. Pewnego dnia starszy pan podejmuje decyzję o przemyceniu Rafała za mur, bo getto ma zostać zlikwidowane. Dorosły czytelnik przeżywa ból razem z Dziadziem i jego wnukiem, bo wie, co oznacza likwidacja Dzielnicy. Rafał po raz pierwszy w życiu tak bardzo się boi. Jednak nie ma czasu na tkliwe emocje, trzeba uciekać...

W wyniku nieprzewidzianych okoliczności (w czasie wojny większości wydarzeń nie dało się przewidzieć) plan ucieczki zawodzi i Rafał zostaje sam w ciemnym bunkrze nieczynnego już warszawskiego zoo. Jest przerażony, głodny, zziębnięty, a w dodatku strasznie boli go głowa, co jest skutkiem wcześniejszego rozjaśniania ciemnych włosów chłopca żrącym specyfikiem, by nie zwracał na siebie uwagi "żydowskim obliczem". Stella, która miała doprowadzić Rafała w bezpieczne miejsce, znika i więcej się nie pojawia. Na szczęście, zamiast kobiety, bunkier odwiedza Emek, który ukrywa się w zoo od trzech miesięcy, a wraz z Emkiem przychodzi Lidka - dziewczynka z tego samego domu, w którym mieszkał Rafał. Razem zawsze raźniej, szczególnie zaś w niebezpiecznych czasach. 

Arka czasu Marcina Szczygielskiego to utkana z prawdziwych historii opowieść o wojnie, o Holokauście, o okupowanej Warszawie skierowana do dzieci. To książka o tym, co najważniejsze - o przyjaźni, miłości, poczuciu bezpieczeństwa, odwadze, nadziei. O sile wyobraźni. Piękna, mądra, poruszająca. Lektura obowiązkowa nie tylko dla dzieci, ale i dla dorosłych. Najlepiej do wspólnego czytania, bo lektura powieści może stać się wstępem do ważnej rozmowy o przeszłości.

Książki Szczygielskiego bardzo cenię i polecam.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

"Życie to jednak strata jest", czyli rozmowy ze Stasiukiem.

Zdania wyrwane z rozmów Andrzeja Stasiuka z Dorotą Wodecką. Ważne.
Życie to jednak strata jest (Czarne, 2015) to książka istotna, dotykająca trudnych tematów, o których dziś się nie rozmawia, a należałoby. Przeczytajcie.


Warto walczyć o to samo co zawsze. O siebie. Żeby się nie dać sformatować, że trzeba zwyciężać, zarabiać, kupować. Nie dać się przerobić na szczura, tylko znaleźć niszę i dzięki niej nie dać się wrobić w cały ten śmietnik, który sączy w nas popkultura, żeby przerabiać na konsumentów, na pożeraczy badziewia (...) Całe to gadanie, że Zachód jest cywilizacją indywidualistów, to ściema. Odgrywamy parę ról, i tyle. Tracimy tożsamość.

Bo taki jest sens literatury, żeby cię wykoleiła z normalnej codzienności, żeby cię wystrzeliła w kosmos z tego zwykłego życia, żebyś się nie dał udupić. 

Co jest w życiu ważne?
Szczegóły. Detale. Prostota. Ta uczuć, krajobrazu, czynności. Spokój.
No i żeby ze stosunkowo niskim poziomem żalu odchodzić. Wiadomo, że zawsze będziemy odchodzili niepogodzeni, ale chciałbym móc powiedzieć: "No, okejos, Panie Boże, w miarę było. Chodźmy".

Pamięć jest po to, żeby było o czym rozmawiać, do czego tęsknić i co opłakiwać. Wszystko się dzieje raz i więcej się nie stanie, czego mięso armatnie kapitalizmu nie dostrzega, tylko tkwi w teraźniejszości, wierząc, że korpo będzie trwało wiecznie.
Ja jestem obsesjonatem pamięci i boję się tego, że mógłbym ją stracić. Z nią straciłbym kawał świata (...) Zmusza mnie pani do wygłaszania banałów, ale człowiek bez pamięci nie wie, kim jest.

(Wszystkie zdania pisane kursywą to cytaty z książki Życie to jednak strata jest).

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Szwedzi. Ciepło na Północy.

Katarzyna Molęda
Szwedzi. Ciepło na Północy
Czarna Owca, 2015


Po przeczytaniu tej książki człowiek ma ochotę spakować walizkę i zmienić klimat. Z opowieści Katarzyny Molędy wyłania się kraj mlekiem i miodem płynący, co nie znaczy, że autorka pomija to, co w Szwecji ogranicza i niekoniecznie jest fajne. Jednak w ogólnym rozrachunku ta część Skandynawii wypada bardzo dobrze. I kusi. Wiem, wszędzie lepiej, gdzie nas nie ma, ale od wielu lat mam poczucie (które płynie nie tylko z przeczytanych książek, ale również z relacji osób, które w Szwecji czy w Norwegii mieszkają), że to trochę lepszy od mojego kawałek świata, lepiej zorganizowany, bardziej przyjazny ludziom i środowisku. Nigdy nie twierdziłam, że Szwedzi są zimni, zdystansowani, poważni, jak podobno postrzegani są przez Polaków. Brałam udział w Midsommar, jednym z najważniejszych dla Szwedów świąt roku, i mam z tego wydarzenia same pozytywne wspomnienia. Byłam wówczas w Uppsali, tańczyłam wokół Słupa Majowego, a całą noc przespałam z bukietem kwiatów pod poduszką, by we śnie zobaczyć przyszłego męża. Noc była wyjątkowo jasna.

Wielkim plusem książki Molędy jest lekki styl autorki, który sprawia, że czytasz Szwedów... jak bardzo dobrą powieść. Dzięki temu przyswajasz wiele informacji na temat kraju, który znasz połowicznie lub wcale, a nie czujesz się przytłoczony nadmiarem wiadomości. Polka od lat mieszkająca w Szwecji opowiada o tym kraju z dystansem, częściej z  humorem, rzadziej poważnie. Katarzyna Molęda pisze o swoich pierwszych doświadczeniach, o poznawaniu szwedzkiej mentalności (momentami tak różnej od polskiej), o tym, co ją w Szwecji zaskoczyło. Wspomina o Szwedzie codziennym i o Szwedzie świątecznym. Porusza temat równości, aborcji, stosunku do imigrantów. Rozdział dotyczący sposobu postrzegania i traktowania ludzi starszych sprawia, że zaczynasz marzyć o emeryturze w Skandynawii.

Szwedzi... to kilkanaście rozdziałów, dzięki którym powierzchownie, ale jednak wystarczająco dla kogoś nieobeznanego z tematem, poznajemy Szwedów i Szwecję.

wtorek, 1 grudnia 2015

Motylek. Pierwsza wizyta w Lipowie.

Katarzyna Puzyńska
Motylek
Prószyński i S-ka, 2014


Robię przerwę od kryminałów i od egzemplarzy bibliotecznych. Doczytam tylko Pocieszenie Anny Gavaldy (cudowne Pocieszenie) i zadbam o własne książki. Tym bardziej, że mam na półkach wiele takich, które bardzo chciałam przeczytać i spoglądając w ich kierunku czuję wyrzuty sumienia, że są zaniedbane i wciąż odkładane na później. Niech pierwszy dzień grudnia będzie świadkiem mojego postanowienia. Wszystkie lektury nadobowiązkowe już sobie podczytuję. Na szczęście książką Wisławy Szymborskiej można się delektować, dwa komentarze przeczytać i za kilka godzin dwa kolejne, i następnego dnia jeden albo, jak czas pozwoli, dziesięć...

Moja decyzja jest świeża, bo jeszcze kilka dni temu miałam zamiar zagłębić się w drugim tomie Lipowa. Jednak w bibliotece dostępne są tom pierwszy i tom czwarty, pozostałe części nie zostały zakupione. Pytam więc: jak żyć? Nie przeskoczę z pierwszego do czwartego tomu, więc chwilowo obraziłam się na bibliotekę i będę szukała Więcej czerwieni w innych miejscach. Póki poszukiwania nie zakończą się sukcesem, czytam własne książki. Najpierw Feblik Małgorzaty Musierowicz, później Szwedzi. Ciepło na północy Katarzyny Molędy i Szwecja czyta. Polska czyta Katarzyny Tubylewicz i Agaty Diduszko - Zyglewskiej. Jeśli powrócić do posta Lista życzeń widać, jak ładnie i sprawnie lista szczupleje. Bardzo mnie to cieszy. Wiem, że w niedalekim Poznaniu czeka na mnie Smak świąt Agnieszki Maciąg. I sprezentowałam sobie jeszcze Eseje wybrane Virginii Woolf.

Miałam jednak wspomnieć o Motylku Katarzyny Puzyńskiej, pierwszej części cyklu o policjantach i mieszkańcach małej wioski Lipowo niedaleko Brodnicy. Wspomnieć, ponieważ w pisaniu o kryminałach nie można być nadgorliwym, by nie posunąć się za daleko w zdradzaniu szczegółów fabuły i nie zepsuć innym czytelnikom lektury.
Byłam skazana na polubienie sagi Lipowo, choć wcześniej nie wiedziałam, że pani Puzyńska została ochrzczona polską Camillą Läckberg. Jak już wielokrotnie wspominałam opowieści z Fjällbacki bardzo lubię i czekam na kolejne tomy serii. Po Motylku chętnie sięgnęłabym po drugą część cyklu, ale z wiadomych powodów muszę się wstrzymać z bólami (może Booklips będzie łaskawy, bo trwa właśnie konkurs, w którym można wygrać komplet kryminałów Puzyńskiej i pozwoliłam sobie wziąć udział w tej zabawie:)).

Dlaczego byłam skazana na polubienie Lipowa? Mała społeczność, w której wszyscy się znają i wszystko (prawie!) o sobie wiedzą. Ciekawi bohaterowie, z których żaden nie jest chodzącym ideałem, a każdy niemal ma na sumieniu jakieś grzeszki. Policjanci z krwi i kości, czasami tonący w codzienności, ale kiedy trzeba gotowi do działania. Ciekawe portrety psychologiczne mieszkańców, dużo relacji międzyludzkich, a obok zwykłej egzystencji zbrodnia. Nie najważniejsza, choć istotna.
Dla policjantów z niewielkiego posterunku w Lipowie przełomowa, ponieważ śledztwa w sprawie morderstwa prowadził do tej pory komisariat w Brodnicy. Tym razem jednak czterech funkcjonariuszy z Lipowa może się wykazać sprawnością umysłową i znajomością ludzkiej psychiki.

Lipowem rządzą plotki i ploteczki. Policjanci są kumplami, którzy znają się od dzieciństwa. Mama jednego z nich pracuje na komisariacie i dba o regularne dostawy domowych ciast dla zapracowanych funkcjonariuszy. Atmosfera jest ciepła i domowa. Za rogiem czai się niebezpieczeństwo i być może sąsiad jest mordercą, ale przecież wszyscy się wspieramy, więc poradzimy sobie w każdej sytuacji. Wielu jest bohaterów w Motylku i każdy z nich ma charakter, budzi zainteresowanie, nie daje o sobie zapomnieć. Mnóstwo jest również sekretów i autorka stopniowo odsłania je przed czytelnikiem. Trzeba przyznać, że Puzyńskiej udaje się cały czas rozbudzać ciekawość czytelnika, choć akcja powieści jest raczej stabilna. Przede wszystkim pisarka sprawia, że mieszkańcy Lipowa stają się naszymi kolegami, a przecież chcemy wiedzieć, co słychać u znajomych. I sięgamy po kolejny tom serii (chętnie!).

czwartek, 19 listopada 2015

Mgła.

Kaja Malanowska
Mgła
Znak, 2015


Słuchaj, jak się nazywa ta choroba, która nie ma wyraźnych objawów? Jesteś tylko coraz bardziej zmęczony, coraz dłużej śpisz, aż w końcu umierasz.
Życie.
 
Lubię kryminały. Kiedy poszperam w przeszłości okazuje się, że głównie te skandynawskie i angielskie. W kwestii rodzimej twórczości kuleję na całej linii. Dlatego rzuciłam sobie wyzwanie i postanowiłam poznać bliżej książki polskich pisarzy. Miałam zacząć od Miłoszewskiego albo Krajewskiego, ale wybrałam powieść Kai Malanowskiej, która do tej pory pisaniem kryminałów się nie zajmowała. Tym bardziej byłam ciekawa Mgły.

Akcja powieści toczy się w zamglonej Warszawie, w której próżno szukać miejsc ciepłych i przyjaznych zziębniętemu człowiekowi. Czytelnik odwiedza mroczne dzielnice miasta, zagląda do smutnych domów, spotyka rodziny, które dawno zapomniały czym jest bliskość. Z każdego kąta wychyla się samotność. 

Do takiej Warszawy przyjeżdża Ada Rochniewicz, by rozpocząć pracę w stołecznej dochodzeniówce. Przeszłość policjantki owiana jest tajemnicą. Wiadomo, że wcześniej pracowała we Wrocławiu. Nie wiadomo natomiast, dlaczego przeniosła się do Warszawy. Współpracownicy snują przypuszczenia, ale nie są w stanie skonfrontować ich z rzeczywistością, ponieważ ktoś skutecznie wyczyścił papiery Ady. Kobieta ma pracować z komisarzem Marcinem Sawickim, którego trudno polubić. Od pierwszego dnia jest nieprzychylny nowej koleżance (i wszystkim kobietom, pracującym w policji), nie przebiera w słowach, w kontakcie ze świadkami czy podejrzanymi nie kontroluje emocji. 
Ada i Marcin zajmują się sprawą morderstwa na Mokotowie. W niewielkim mieszkaniu znaleziono ciało Zofii Wagner. Dość szybko okazuje się, że kobieta miała się spotkać z byłym kochankiem i to on pewnie w ataku furii uderzył ją ciężkim narzędziem w głowę. Sprawa wydaje się prosta i policjanci liczą na szybkie zamknięcie dochodzenia. Jednak pojawia się coraz więcej wątków, które budzą wątpliwości...

Kaja Malanowska skomponowała bardzo dobry kryminał, w którym przeczytamy o nielegalnych imigrantach, o sekcie religijnej, o zawiedzionej miłości, o problemach psychicznych. Atutem powieści są na pewno główni bohaterowie - Rochniewicz i Sawicki - para charakternych policjantów, którzy potrafią czytelnika zaskoczyć. 
Autorka dwa tygodnie akcji rozpisała na 700 stron, ale nie nudziłam się nawet przez chwilę.

W ramach wyzwania, które sobie rzuciłam, czytam teraz Motylka Katarzyny Puzyńskiej.

poniedziałek, 19 października 2015

Simona, kobieta niezwykła.

Anna Kamińska
Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak
Wydawnictwo Literackie, 2015


Tak się złożyło, że przez dłuższy czas nie sięgałam po biografie i zapomniałam jak bardzo lubię je czytać. Zazwyczaj, w przeszłości, wybierałam opowieści o ludziach, których nazwisko nie jest mi obce, o których mogę opowiedzieć, ponieważ lubię ich twórczość czy są kimś na tyle kontrowersyjnym, że nie sposób nie wiedzieć o ich istnieniu. Do biografii Simony Kossak przyciągnęła mnie okładka książki. Fotografia kobiety, całującej kruka (który, jak się w trakcie lektury przekonałam, odegrał istotną rolę w życiu tytułowej bohaterki), trzymającej w dłoni analogowy aparat fotograficzny, jest cudna. O samej Simonie nigdy nie słyszałam, nie wiedziałam, kim była, czym się w życiu zajmowała i dlaczego jej życie było niezwyczajne. Nazwisko wywołało jednoznaczne skojarzenie i słusznie, ponieważ Simona pochodziła z tych Kossaków, ale jej życiowe wybory miały niewiele wspólnego ze ścieżkami, którymi kroczyli jej przodkowie. Nie została malarką, bo brakowało jej talentu. Czasami myślała o pisaniu (jej ciotkami były Maria Pawlikowska - Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec), ale wolała czytać książki. Później, jako doktor nauk leśnych, będzie publikowała teksty, wyda książki, ale twórczość Simony niewiele ma wspólnego z poezją.

Simona była dzieckiem niechcianym, ponieważ miała czelność urodzić się dziewczynką. Dzieciństwo w krakowskim domu, zwanym Kossakówką, upłynęło dziewczynce pod znakiem zakazów i nakazów. Simona do końca życia nienawidziła tego miejsca, z którym wiązały się przykre wspomnienia. Wiedziała, że po studiach w Krakowie, nie wróci już do Kossakówki. Jedynym pozytywnym aspektem w domu rodzinnym była obecność zwierząt, które Simona kochała nad życie. Wśród zwierząt czuła się najlepiej, z ludźmi nie mogła znaleźć wspólnego języka.
W czasie studiów Simona nie była odludkiem, czynnie działała w organizacjach studenckich, bawiła się w czasie Juwenaliów.

Jako biolog, zainteresowany zootechniką i zafascynowany światem zwierząt, wyruszyła pod koniec studiów w poszukiwaniu pracy na rekonesans w Bieszczady. Usłyszała, że dzicz nie jest dla kobiet. Kobiety się tutaj nie odnajdują. Boją się same pójść do lasu. Boją się samotnie mieszkać. Poza tym kobiety rodzą dzieci. Człowiek, który wypowiedział te słowa, miał ograniczone horyzonty myślowe i widocznie nie spotkał w swym życiu kobiety podobnej do Simony. Kobiety, która się nie poddała i znalazła swoje miejsce na ziemi w Białowieży, gdzie spędziła resztę życia. Samotnie przemierzała puszczę, badając życie zwierząt. Na Dziedzince, bo tak nazywała się leśniczówka, w której Simona zamieszkała, nie było prądu, wanny, lodówki, ale był spokój, zwierzęta, książki. I Lech Wilczek, fotograf, który żył z Simoną, ale nie był to związek oczywisty. Mieszkali na Dziedzince trzydzieści pięć lat, ale czy byli razem? Oboje najbardziej cenili sobie wolność, nie definiowali tego, co ich łączy. Lubili być razem, kochali Białowieżę, dobrze czuli się w lesie.

Simona Kossak od zwierząt otrzymała to, czego nigdy nie dostała od ludzi. Całe życie walczyła o to, by jej praca coś znaczyła. Prowadziła w radiu Białystok audycję o zwyczajach seksualnych zwierząt, dlatego na Podlasiu jest legendą. Żyła skromnie, choć skromna nie była. Chciała się wciąż rozwijać, uczyć nowych rzeczy. Nie była osobą towarzyską, na Dziedzince rzadko pojawiali się goście. Zresztą mało kto zniósłby pobyt w zatęchłej, przesiąkniętej zapachem zwierząt, leśniczówce. Jedna z kobiet, która bywała na Dziedzince, wspomina: Jak spałam u Simony, ciągle coś po mnie latało: a to myszy, a to szczury, a to popielice. Na podłodze leżał dzik, a na fotelu sofa kłapała dziobem. Ktoś nerwowy ze strachu chybaby tam umarł.


Biografia Simony Kossak opowiada o życiu pełnym pasji, więc opowieść Anny Kamińskiej nie mogła być słaba. Czyta się cudnie.

niedziela, 11 października 2015

ORO.

Marcel A. Marcel (Daria Łukasińska, Olga Sawicka)
Oro
Marginesy, 2012


Ma oswoić miejsce? To nie problem. Gorzej oswoić ludzi.

Oro to niebanalna powieść dla młodzieży. Wyjątkowa. Mądra. Mnożąca pytania. Dająca do myślenia. Opisuje odrzucenie i trudne dorastanie. Daje nadzieję. Pokazuje, że może być lepiej, cieplej, bliżej. Nie ubiera w ładne szaty, nie ubarwia, czasami przeklnie i się wkurzy. Jednak daje siłę.

Dla nastolatków. I dla dorosłych. Żeby wiedzieli, jak jest, bo nawet jeśli się domyślają, to i tak mają braki. I powinni poczytać o tym, co ważne w życiu. O tym, co daje siłę w codzienności. Co buduje.
O tym, że każdy się z czymś boryka, ale chodzi o to, żeby się nie barykadować, ale czasami nie można inaczej, czasami wydaje się, że życie to wieczna walka. O przestrzeń, o uczucia, o siebie. Jednak nawet kiedy wybierasz samotność, nigdy nie jesteś sam.

Lena po latach błądzenia trafia do domu Wandy i Romana, którzy stworzyli miejsce do życia dla kilkorga dzieci w różnym wieku. Każdy z mieszkańców tego domu jest charakterystyczny. W odczuciu "znakomitej" większości traktowany był jako trudny, bo albo nieznośnie nadpobudliwy, albo bulimik, albo... Każdy z nich ma szczęście, bo trafił do patchworkowej rodziny, w której najważniejsze jest bycie sobą, szacunek dla inności przekonań, komunikacja. Związek Wandy i Romana może wzbudzić podejrzenia, bo ta kobieta i ten mężczyzna rozumieją się bez słów, rozmawiają ze sobą, na nikogo nie wrzeszczą i nikogo pochopnie nie oceniają.. Są dla siebie i są dla swoich dzieci. Przyjęli szóstkę dzieciaków z wszystkimi ich problemami, z ich trudną przeszłością, z pokiereszowanymi duszami. Wierzą, że otulenie ich ciepłem sprawi, że dadzą się oswoić. Obserwujemy tę zmianę na przykładzie Leny, która na początku jest zalęknionym dzikim stworzonkiem, nieustannie przygotowanym do ataku i stopniowo adaptuje się do nowej rzeczywistości. Nie jest to proces łatwy i przyjemny, ale piękny.

Jestem pod ogromnym wrażeniem tej opowieści, której udało się mną potrząsnąć i wycisnąć mi łzy z oczu. To naprawdę mądra i ważna książka, o której jeszcze wiele razy pomyślę.
Oro zawiera w sobie taką dawkę emocji pozytywnych i negatywnych, że nie sposób nie przeżywać tej powieści, nie angażować się w sprawy, które dotyczą bohaterów.
Dla mnie książka dwóch polskich pisarek to przede wszystkim opowieść o mądrym i uważnym rodzicielstwie. O tym, że wystarczy BYĆ, SŁUCHAĆ, NIE OCENIAĆ, NIE NARZUCAĆ. Klucz do fajnego bycia razem i do pełnej bliskości codzienności naprawdę nie jest głęboko zakopany.

Podczas lektury miałam momentami wrażenie, że autorki przed napisaniem powieści czytały Agnieszkę Stein, Jespera Juula... W sposobie postępowania Wandy i Romana odnajdywałam strzępy ich cennych spostrzeżeń.
Warto czytać Oro. Warto wracać do tej lektury. Warto podsunąć tę książkę nastolatkowi.

piątek, 18 września 2015

Robert Rient. Świadek.

Robert Rient
Świadek
Dowody na Istnienie, 2015


Robert jest moim rówieśnikiem. W poprzednim życiu, o którym opowiada w książce Świadek, był Łukaszem. Odkąd pamięta czuł się inny. Niedopasowany do świata. Ograniczony zakazami, nakazami, religią, historią, własną niemocą.

Łukasz urodził się i wychował we wspólnocie świadków Jehowy. W autobiograficznej książce opisuje hermetyczną społeczność wyznawców, więc dla kogoś niewtajemniczonego w szczegóły (jak ja), ale zainteresowanego tematem (jak ja), Świadek jest lekturą bardzo interesującą i, momentami, przerażającą. Reportaż ten, rekomendowany przez samego Mariusza Szczygła, to przede wszystkim opis walki z samym sobą, z własną wiarą, z seksualnością. To miotanie się w przestrzeni, którą Łukasz chce ogarnąć, ale nie potrafi. Raz mocno wierzy i praktykuje, zyskuje nawet uznanie w kręgach wspólnoty; innym razem odrzuca, buntuje się, ucieka.
Nie jest łatwo wyrwać korzeni, odciąć się od wszystkiego, co bezpiecznie znane, ale autor pokazuje, że można, a nawet trzeba. Dlatego "rodzi się" Robert, dlatego powstaje Świadek. Rient zmienia imię i nazwisko, aby zacząć żyć nie jako świadek Jehowy, ale jako człowiek. Po prostu człowiek.

Reportaż Roberta Rienta to boleśnie szczery dziennik zagubionego nastolatka. Świadek pokazuje proces dorastania w konserwatywnym środowisku, jakim jest wspólnota świadków Jehowy.
Dla mnie lektura tej książki była wartościowa głównie ze względu na ukazanie "od środka" praktyk wyznawców Jehowy. Ciekawe są przemyślenia człowieka, który ma wątpliwości, który nie przyjmuje biernie tego, co mu się wmawia (choć są momenty, kiedy Łukasz jest wzorowym przedstawicielem wspólnoty). Jednak bywały chwile, gdy ta niewielkich rozmiarów książka nużyła, gdy spisane myśli stawały się zbyt chaotyczne. Być może mętlik był zamierzony, oddawał to, co działo się w głowie Roberta, ale miejscami utrudniał lekturę.

Lubię, gdy przeczytana książka wzbogaca moją wiedzę o świecie. Dlatego uważam, że warto sięgnąć po Świadka.

czwartek, 10 września 2015

Macierzyństwo non-fiction.

Joanna Woźniczko - Czeczott
Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego
Czarne, 2012



Lubię książki Czarnego, wydawane w serii Bez Fikcji O... Gwarantują dobrą lekturę, lekkie pióro autora, ciekawy temat. W przystępny i przyjemny sposób "dotykają" ważnych tematów, z którymi każdy styka się w swej codzienności. Pisałam o Hotelu dla twoich rzeczy Joanny Jagiełło. Nie napisałam (może kiedyś to zrobię) o Po Rachel Cusk. Bardzo chciałabym przeczytać Pracę na całe życie Cusk (bo styl Cusk bardzo mi odpowiada). Na razie jednak jestem po lekturze książki Joanny Woźniczko - Czeczott, która pisze o tym, że w bólach rodzi się nie tylko dziecko, lecz także matka. Po przeczytaniu Macierzyństwa non-fiction mam wrażenie, że przede wszystkim matka.

Autorka odczarowuje macierzyństwo i pisze o mało fajnych aspektach codzienności z małym dzieckiem. Można się z panią Czeczott nie zgadzać w niektórych kwestiach, można przyklaskiwać trafnym spostrzeżeniom, można dumać nad sprawami, nad którymi wcześniej się nie dumało. Na pewno warto przeczytać. Nigdy nie sądziłam, że macierzyństwo ocieka lukrem, więc wynurzenia autorki nie są dla mnie ani odkrywcze, ani szokujące. Wszystkie mamy znają te doświadczenia z własnego podwórka. Dla mam lektura Macierzyństwa... będzie przyjemna, odprężająca, zabawna. Joanna Woźniczko opisuje nudne spacery ze śpiącym w wózku niemowlakiem, terror diet dla matek karmiących, ciotki - dobra rada, intelektualną zapaść, różne jedynie słuszne metody wychowawcze. Jej celem jest pokazanie, że dziecko w domu to rewolucja dla związku, to przewrócenie codziennej egzystencji do góry nogami, to szukanie cudownych sposobów na ujarzmienie tej trąby powietrznej, która pojawia się wraz z powiększeniem rodziny.

Jestem mamą. Wiem, jak jest. I jest różnie. W tej kwestii zgadzam się z Joanną Woźniczko - Czeczott. Wiele jednak zależy od podejścia mamy do życia, od tego, jaki egzemplarz dziecka trafi do naszego domu (a z tej samej matki i z tego samego ojca najczęściej rodzą się różne egzemplarze)... czynników wpływających na codzienność rodziców z dzieckiem jest wiele.
Nikomu nie trzeba macierzyństwa odczarowywać. Myśląca/y kobieta/mężczyzna zdaje sobie sprawę z faktu, że bycie mamą czy tatą to kalejdoskop wrażeń i emocji.
Lektura, dla mnie, mało odkrywcza, ale przyjemna.

wtorek, 12 maja 2015

Książka, o której ciężko pisać, ale trzeba wspomnieć.

Małgorzata Halber
Najgorszy człowiek na świecie
Znak, 2015


Mało mnie interesuje, czy książka Małgorzaty Halber jest autobiograficzna, czy całkowicie zmyślona. Może dziewczyna, którą pamiętam bardziej z programu 5-10-15 niż z muzycznej stacji Viva (nie moje klimaty) miała problem z alkoholem i Krystyna, bohaterka powieści, jest Małgorzatą, a może życie Krysi nie ma nic wspólnego z życiem Gosi. Dla mnie istotne jest, że ta książka to kawałek literatury, który mną wstrząsnął totalnie. I nawet nie wiem, czy chcę o Najgorszym człowieku na świecie pisać, nie wiem, jak pisać o tej książce.

Dla mnie powieść Halber nie jest tylko historią walki z nałogiem, który wyniszcza ciało i duszę. Książka ta przede wszystkim traktuje o samotności, o braku więzi i kontaktu z drugim człowiekiem, choć tych ludzi wokół wielu i, wydawałoby się, na wyciągnięcie ręki. Na zapisanych stronach bez trudu można odnaleźć siebie, choć nie jest się osobą znaną i rozpoznawaną, nie jest się alkoholikiem. W tej opowieści ważne są słowa, zanotowane myśli, emocje. Większość ludzi, niezależnie od wieku, statusu społecznego, stanu rozdrażnienia odnajdzie w Krystynie kawałek siebie, będzie mogła podpisać się pod jej spostrzeżeniami i przeżyciami. Każdy czasami chciałby uciec, schować się w bezpiecznym miejscu i zanadto nie wychylać, ale jednocześnie lgniemy do ludzi, potrzebujemy konfrontacji z otoczeniem, rozmowy, dotyku, choćby spojrzenia i zalążku uśmiechu. To nas buduje, choć bywają momenty, że niszczy. Zależy, jaką kto ma skórę, jak wiele potrafi znieść, jak radzi sobie z codziennością. Niektórzy radzą sobie gorzej. Jak Krysia. Mądra, wykształcona, myśląca kobieta, która realizuje się zawodowo i postronny obserwator mógłby rzec "o co ci chodzi, dziewczyno, przecież wszystko masz". Czym jest wszystko?

KAŻDY SIĘ WSTYDZI.
KAŻDY SIĘ WSTYDZI TRZECH RZECZY.
ŻE NIE JEST ŁADNY.
ŻE ZA MAŁO WIE.
I ŻE NIEWYSTARCZAJĄCO RADZI SOBIE W ŻYCIU.

Krysia sobie nie radzi. I czuje się z tego powodu beznadziejnie, bo w jej mniemaniu, inni jakoś lepiej życie znoszą. A ona poddała się uzależnieniu, które czym jest, jeśli nie nieustającym życiowym spierdalaniem? I stoi z rozłożonymi rękami, powtarzając: no, ale jak mam się rozwijać, skoro właściwie nie wiem, w którym kierunku chciałabym pójść?

Bo czasami jest tak, że masz trzydzieści kilka lat i nadal nie wiesz. Po prostu nie wiesz.


piątek, 27 lutego 2015

Jest smutek, jest morderswo, jest analiza emocji. Jest dobrze.

Anna Fryczkowska
Kurort Amnezja
Prószyński i S-ka, 2014

Jest zimno, ciemno, nieprzyjemnie. Atmosfera powieści nie kojarzy się z wypoczynkiem, raczej z mozolnym i wykańczającym psychicznie analizowaniem przyczyn i skutków zachowań głównych bohaterów. Są dwie nieszczęśliwe kobiety, Wanda i Marianna, które z różnych powodów przybywają do mało przyjaznego miasteczka na Mazurach, by odnaleźć siebie i sprostać codzienności. Wanda walczy ze sprzecznymi emocjami, bo jej mąż zginął w wypadku samochodowym, ale jednocześnie kobieta dowiaduje się, że ten sam mąż od dłuższego czasu ją zdradzał. Marianna buduje swoje życie na nowo, ponieważ straciła pamięć. Wanda łyka kolejne pigułki, by przetrwać dzień, Marianna pracuje w pensjonacie, wykonując codziennie te same czynności i wierząc, że rutyna pozwoli jej wrócić do siebie. Nieoczekiwanie połączą się losy tych dwóch kobiet, które, chcąc nie chcąc, staną się od siebie zależne. Problemem jest to, że jedna z nich nie pamięta kim jest, nie zna przeszłości i nie umie pomóc tej drugiej, która oddałaby wszystko, by przeszłość sprzed wypadku męża odgruzować.

Powieść Anny Fryczkowskiej to dobrze napisana i interesująca historia o tym, jak bardzo nie znamy siebie i swoich bliskich. To emocjonalna książka o podróży w głąb własnej duszy. To opowieść o stracie i próbach posklejania rozsypanych cząstek codzienności.
Kawał dobrej polskiej literatury współczesnej, z którą jestem na bakier i wciąż mam z tego powodu wyrzuty sumienia. Nadrabiam więc stopniowo, wybierając autorów, z którymi wcześniej się nie spotkałam.
Mam swoich ulubionych polskich pisarzy i czekam na ich nowe książki, i każdą z nich czytam, ale mam też ambicję poznać nowych autorów, nie ograniczać się do Manueli Gretkowskiej, Hanny Kowalewskiej, Olgi Tokarczuk... Właśnie sobie uświadomiłam, jak wielu polskich pisarzy nie znam!

W każdym razie Kurort Amnezja polecam. W planach mam kolejną książkę Fryczkowskiej  - Kobiety bez twarzy. Na razie czytam Małgorzatę Halber. Gdyby nie to, że muszę pracować, wyjść z domu, obiad ugotować, spać, nie odłożyłabym jej nawet na chwilę. Przeczuwałam, że Najgorszy człowiek na świecie to książka, obok której nie mogę przejść obojętnie.


poniedziałek, 16 lutego 2015

"Grand" pana Wiśniewskiego.

Janusz Leon Wiśniewski
Grand
Wielka Litera, 2014


Chciałabym, aby mnie pan Wiśniewski ponownie uwiódł swym pisaniem. Jak za pierwszym razem. Sięgam po kolejne jego powieści i nie znajduję w nich klimatu Samotności w Sieci. Wiem, że dla wielu debiut autora to kiczowata opowieść o miłości. Mnie jednak ta powieść w 2001 roku zachwyciła świeżością, językiem, stylem opowiadania. Późniejsze książki Wiśniewskiego raczej rozczarowywały, ale nadal pozostaję pod urokiem tej pierwszej. Czytaniu powieści Grand towarzyszyła nadzieja, która z każdą przewracaną bez pośpiechu stroną, ulatniała się.

To nie tak, że to zła powieść. Przeplata się w niej kilka wątków, które scala miejsce - Grand Hotel w Sopocie. Historie bohaterów są mniej lub bardziej interesujące, czytać można leniwie, bo i akcja toczy się leniwie. Trochę mnie ta książka nudziła, ale jednocześnie nie mogłam zaprzestać czytania. Jak już się wsiąknie w te historie, trudno się z nich wyplątać, choć właściwie nie wiadomo, co nas w nich zainteresowało.

Cały czas miałam wrażenie, że czegoś tu brakuje, że ślizgam się po powierzchni. Historie, opowiedziane przez autora powinny wzbudzać emocje, bo nie są banalne, a jednak żadnych emocji nie wywołały. Nie byłam w stanie zżyć się z bohaterami, nie było opowieści, która zainteresowałaby mnie bardziej niż inne. Każdy wątek wydawał się niedopracowany, osobiste problemy bohaterów nie poruszyły żadnej struny w duszy wrażliwego czytelnika.
Janusz Leon Wiśniewski jest przecież mistrzem tworzenia opowieści o relacjach międzyludzkich, szczególnie tych damsko - męskich. W jego twórczości emocje i uczucia odgrywają kluczową rolę.
Nic więc dziwnego, że sięgając po kolejną powieść pisarza mam konkretne oczekiwania i chcę się wzruszyć, chcę "poznać" męskiego, ale wrażliwego faceta, który stara się zrozumieć kobiecą naturę, chcę poczytać o miłości, która pokona wiele przeszkód i będzie nietuzinkowa.
Najnowsza książka Wiśniewskiego nie spełniła moich oczekiwań. Od jakiegoś czasu jego proza mnie nudzi i nie wiem, czy sięgnę po kolejną powieść autora.


niedziela, 18 stycznia 2015

Z serii Bez Fikcji o..., wydawnictwo Czarne.

Joanna Jagiełło
Hotel dla twoich rzeczy. O życiu, macierzyństwie i pisaniu
Czarne, 2014


Wiem, że rok 2015 dopiero się rozpoczął, ale myślę, że książka Joanny Jagiełło znajdzie się wśród najlepszych historii, przeczytanych w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy, właściwie jedenastu, ale stycznia pomijać nie zamierzam. Prawda jest taka, że wpadłam w tę opowieść i nie mogłam (nie chciałam) się z niej wyrwać. Świetnie napisana książka o życiu przeciętnej (!) kobiety, która zawsze chciała pisać, ale nie wiedziała, jak zacząć, ma dwie córki, każdą z innym mężczyzną i z żadnym z tych mężczyzn nie mieszka, gubi się w codzienności, wciąż pyta, popełnia błędy i szuka własnej drogi.

Joanna Jagiełło jest autorką książek dla dzieci i młodzieży oraz tomików wierszy. Jednak droga, jaką autorka przebyła, by stać się pisarką, nie była usłana różami, ale kręta, często wyboista i złośliwa. Pani Joanna wcześnie została matką, co prawda nie samotną, bo partner nie uciekł przed odpowiedzialnością, ale matką młodą i zagubioną, z nieukończonymi studiami. Autorka dokonuje analizy własnego życia, nie ubarwia, nie czaruje, nie pomija momentów trudnych, kłopotliwych. Ważne są w tej opowieści wspomnienia, wielką rolę odgrywają emocje. Bywa bardzo ciężko, ale zawsze dla pani Joanny najważniejsze jest dobro dzieci i zachowanie własnej indywidualności, doskonalenie się, podążanie za tym, co ważne. Hotel dla twoich rzeczy to portret współczesnej kobiety, która pragnie się rozwijać i pogodzić różne sfery życia w codziennej egzystencji. To portret kobiety, która wbrew wielu przeciwnościom losu, nie poddaje się.

Czekałam na taką książkę. W ostatnim czasie zdarzało mi się czytać książki dobre i bardzo dobre (tych zdecydowanie mniej), ale czekałam na historię, która mnie wchłonie, której nie będę chciała odkładać na później, łapczywie przewracając kolejne kartki. Joanna Jagiełło podarowała mi taką opowieść - interesującą, szczerą, napisaną z dystansem do samej siebie. Autorka uchyliła drzwi do prywatnego życia, ale nie przekroczyła granicy dobrego smaku. O blaskach i cieniach jej życia czytałam z zapartym tchem, mając świadomość, że to opowieść intymna, ważna, szczera.

Mam teraz ochotę sięgnąć po książki Jagiełło, napisane z myślą o nastolatkach - po Czekoladę z chili i Kawę z kardamonem - dwie powieści o bardzo smacznych tytułach.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...