piątek, 18 września 2015

Robert Rient. Świadek.

Robert Rient
Świadek
Dowody na Istnienie, 2015


Robert jest moim rówieśnikiem. W poprzednim życiu, o którym opowiada w książce Świadek, był Łukaszem. Odkąd pamięta czuł się inny. Niedopasowany do świata. Ograniczony zakazami, nakazami, religią, historią, własną niemocą.

Łukasz urodził się i wychował we wspólnocie świadków Jehowy. W autobiograficznej książce opisuje hermetyczną społeczność wyznawców, więc dla kogoś niewtajemniczonego w szczegóły (jak ja), ale zainteresowanego tematem (jak ja), Świadek jest lekturą bardzo interesującą i, momentami, przerażającą. Reportaż ten, rekomendowany przez samego Mariusza Szczygła, to przede wszystkim opis walki z samym sobą, z własną wiarą, z seksualnością. To miotanie się w przestrzeni, którą Łukasz chce ogarnąć, ale nie potrafi. Raz mocno wierzy i praktykuje, zyskuje nawet uznanie w kręgach wspólnoty; innym razem odrzuca, buntuje się, ucieka.
Nie jest łatwo wyrwać korzeni, odciąć się od wszystkiego, co bezpiecznie znane, ale autor pokazuje, że można, a nawet trzeba. Dlatego "rodzi się" Robert, dlatego powstaje Świadek. Rient zmienia imię i nazwisko, aby zacząć żyć nie jako świadek Jehowy, ale jako człowiek. Po prostu człowiek.

Reportaż Roberta Rienta to boleśnie szczery dziennik zagubionego nastolatka. Świadek pokazuje proces dorastania w konserwatywnym środowisku, jakim jest wspólnota świadków Jehowy.
Dla mnie lektura tej książki była wartościowa głównie ze względu na ukazanie "od środka" praktyk wyznawców Jehowy. Ciekawe są przemyślenia człowieka, który ma wątpliwości, który nie przyjmuje biernie tego, co mu się wmawia (choć są momenty, kiedy Łukasz jest wzorowym przedstawicielem wspólnoty). Jednak bywały chwile, gdy ta niewielkich rozmiarów książka nużyła, gdy spisane myśli stawały się zbyt chaotyczne. Być może mętlik był zamierzony, oddawał to, co działo się w głowie Roberta, ale miejscami utrudniał lekturę.

Lubię, gdy przeczytana książka wzbogaca moją wiedzę o świecie. Dlatego uważam, że warto sięgnąć po Świadka.

środa, 16 września 2015

Pogromca lwów.

Camilla Lackberg
Pogromca lwów
Czarna Owca, 2015


Dawno nie byłam we Fjällbace i warto było do niej wrócić. Dziewiąta część sagi, podobnie jak wcześniejsze tomy, oferuje ciekawą i zagmatwaną historię kryminalną.
Patrick Hedstrom otrzymuje zgłoszenie o odnalezieniu zaginionej cztery miesiące wcześniej dziewczynki. Znaleziona na środku drogi, półnaga Victoria, jest brutalnie okaleczona i wkrótce umiera.
W tym samym czasie Erica zbiera materiały do swojej nowej książki. Spotyka się w więzieniu z oskarżoną o morderstwo męża kobietą. Ta ewidentnie wiele ukrywa i Erica szuka sposobu, aby wyciągnąć z niej cenne informacje. Z czasem cenne nie tylko dla wiarygodności pisanej przez Ericę książki, ale również dla śledztwa, które prowadzi policja.

Tradycyjnie, jak to u Camilli Lackberg, wątek kryminalny prowadzi czytelnika w przeszłość, a wszystko rozgrywa się na tle codziennego życia mieszkańców małego miasteczka.
Mnie ten schemat, którego cały czas trzyma się szwedzka autorka, bardzo odpowiada. Nie chcę, aby mnie pisarka zaskakiwała i zmieniała swój styl pisania. Zmieniła trochę w powieści Zamieć śnieżna i woń migdałów i nie wyszło jej to na dobre. Saga o Fjällbace jest dobra i gwałtownych modyfikacji nie potrzebuje.

Kryminalne historie zawsze są interesujące, a jak czytelnik zaprzyjaźni się z głównymi bohaterami, to niecierpliwie czeka na każde kolejne spotkanie.

czwartek, 10 września 2015

Macierzyństwo non-fiction.

Joanna Woźniczko - Czeczott
Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego
Czarne, 2012



Lubię książki Czarnego, wydawane w serii Bez Fikcji O... Gwarantują dobrą lekturę, lekkie pióro autora, ciekawy temat. W przystępny i przyjemny sposób "dotykają" ważnych tematów, z którymi każdy styka się w swej codzienności. Pisałam o Hotelu dla twoich rzeczy Joanny Jagiełło. Nie napisałam (może kiedyś to zrobię) o Po Rachel Cusk. Bardzo chciałabym przeczytać Pracę na całe życie Cusk (bo styl Cusk bardzo mi odpowiada). Na razie jednak jestem po lekturze książki Joanny Woźniczko - Czeczott, która pisze o tym, że w bólach rodzi się nie tylko dziecko, lecz także matka. Po przeczytaniu Macierzyństwa non-fiction mam wrażenie, że przede wszystkim matka.

Autorka odczarowuje macierzyństwo i pisze o mało fajnych aspektach codzienności z małym dzieckiem. Można się z panią Czeczott nie zgadzać w niektórych kwestiach, można przyklaskiwać trafnym spostrzeżeniom, można dumać nad sprawami, nad którymi wcześniej się nie dumało. Na pewno warto przeczytać. Nigdy nie sądziłam, że macierzyństwo ocieka lukrem, więc wynurzenia autorki nie są dla mnie ani odkrywcze, ani szokujące. Wszystkie mamy znają te doświadczenia z własnego podwórka. Dla mam lektura Macierzyństwa... będzie przyjemna, odprężająca, zabawna. Joanna Woźniczko opisuje nudne spacery ze śpiącym w wózku niemowlakiem, terror diet dla matek karmiących, ciotki - dobra rada, intelektualną zapaść, różne jedynie słuszne metody wychowawcze. Jej celem jest pokazanie, że dziecko w domu to rewolucja dla związku, to przewrócenie codziennej egzystencji do góry nogami, to szukanie cudownych sposobów na ujarzmienie tej trąby powietrznej, która pojawia się wraz z powiększeniem rodziny.

Jestem mamą. Wiem, jak jest. I jest różnie. W tej kwestii zgadzam się z Joanną Woźniczko - Czeczott. Wiele jednak zależy od podejścia mamy do życia, od tego, jaki egzemplarz dziecka trafi do naszego domu (a z tej samej matki i z tego samego ojca najczęściej rodzą się różne egzemplarze)... czynników wpływających na codzienność rodziców z dzieckiem jest wiele.
Nikomu nie trzeba macierzyństwa odczarowywać. Myśląca/y kobieta/mężczyzna zdaje sobie sprawę z faktu, że bycie mamą czy tatą to kalejdoskop wrażeń i emocji.
Lektura, dla mnie, mało odkrywcza, ale przyjemna.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Nie taka dziewczyna.

Lena Dunham jednocześnie intryguje i odpycha. Nie można zaprzeczyć, że jest interesującą młodą kobietą, neurotyczną, wszechstronną, szczerą do bólu. Nie boi się prowokować, nie ubarwia rzeczywistości, co dobitnie przedstawia w serialu Girls. Ostatni sezon Dziewczyn uważam co prawda za dużo słabszy od poprzednich, ale i tak czekam na kolejne odcinki.

Lena Dunham napisała książkę, której zainteresowani niecierpliwie wyglądali, a jak pojawiła się w księgarniach, reakcje były skrajne. Albo zachwyt, albo zmieszanie z błotem. Bo szczera, bo sama chciałabym tak pisać, bo opowiada o tym, o czym większość milczy. Bo tylko o seksie oralnym (a fe!), o kolejnych nieudanych związkach z facetami, o zaglądaniu siostrze tam, gdzie słońce nie dociera. Zwariować można, przeczytać trzeba.

Czyta się świetnie. Naprawdę. Szybko i z przyjemnością "połknęłam" w jeden dzień. Proces dorastania czy też dojrzewania nie jest procesem łatwym, bywa mało przyjemny, ale kształtowanie się człowieka zawsze jest procesem interesującym. I dlatego te krótkie sprawozdania z życia są ciekawe i godne uwagi. Tutaj mamy do czynienia z osobą nietuzinkową, pełną sprzecznych emocji, która najbardziej na świecie chce być kochana i akceptowana przez rówieśników (jak większość). Metody, jakie obiera, to już zupełnie inna historia. Jej neurotyzm to też temat na osobną książkę.

Lena pisze o dwóch typach kobiet, którym zazdrości stylu bycia. Pierwszy typ to te piękne i w depresji, natomiast drugi typ opisuje tak: egzystencjalne pytania zdają się takiej kobiety nie trapić, potrafi ona również umyć piekarnik i ani razu nie pomyśleć: po co? Przecież wkrótce znów się ubrudzi, a zresztą i tak wszyscy umrzemy*.
Nie będę ani pierwszym, ani drugim typem, ale nigdy (w przeciwieństwie do Leny) im nie zazdrościłam. Powyższy fragment bardzo mi się podoba i pokazuje klimat, w jakim utrzymane są zapiski Dunham. Odnalazłam w nich kawałki siebie. Nic mnie w tej książce nie zbulwersowało, nie oburzyło i nie sprawiło, że zaczęłam mniej przychylnym okiem spoglądać na poczynania autorki. Lenę lubię nadal i polecam Nie taką dziewczynę.

P.S. Pisanie Manueli Gretkowskiej swego czasu było uznawane za niesmaczne, czego nie potrafiłam zrozumieć. Czy naprawdę znakomita większość narodu jest tak pruderyjna i nie zdarza im się wykrzyknąć "kurwa" czy chociażby szepnąć "cipka"?

* UWIELBIAM TEN FRAGMENT!



środa, 19 sierpnia 2015

"Motyl", powieść wyjątkowa.


Czytałam już powieści, w których opisano skazaną na niepowodzenie walkę z Alzheimerem. Jednak żadna z poprzednich lektur nie wywarła na mnie takiego wrażenia jak Motyl Lisy Genovy. "Zawieszałam się" przy tej książce wielokrotnie, zastanawiając się nad codziennością i nad tym, co tak naprawdę jest w życiu istotne. Podczas lektury napotykałam fragmenty, które strasznie mną potrząsały, choć pozornie nie było w nich niczego nadzwyczajnego, zwłaszcza biorąc pod uwagę spustoszenia jakie w mózgu chorego czyni Alzheimer. Jak próba przypomnienia sobie przez Alice nazwy przedmiotu widniejącego na skrawku papieru. Walka z zawodną pamięcią, która przechowuje obraz tego przedmiotu; miejsce, w którym się znajduje; zapach, z którym się kojarzy...nawet pierwszą literę wyrazu. Czytasz i czujesz, jak rozpaczliwą walkę prowadzi Alice i jak tę walkę przegrywa.

W lekturze powieści nie przeszkadzał mi fakt, że wcześniej oglądałam doskonały film Still Alice. Jedynym skutkiem zachwianej kolejności (bo zdecydowanie wolę najpierw przeczytać książkę) było to, że myśląc o Alice, widziałam Julianne Moore, choć bohaterka powieści Lisy Genovy ma inną urodę. I nie wiem dlaczego, ale przed lekturą powieści byłam przekonana, że to historia oparta na faktach.

Po przeczytaniu Motyla sięgnęłam po Kochając syna. Ta druga opowieść to po prostu dobre czytadło. Nie powala. W gąszczu czytadeł można znaleźć wiele podobnych. Tematyka autyzmu i zdradzonych żon nie jest im obca.
Natomiast Motyl to świetnie napisana powieść. Czytając, myślisz. Kupię tę książkę i będę do niej wracała za każdym razem, gdy zwątpię w sens życia. Bardzo rzadko można trafić na "czytadło", które tak człowiekiem potrząśnie i wywoła tyle refleksji.


środa, 29 lipca 2015

Są książki, które się czyta partiami, powoli, rozważnie. Książki, które się smakuje. W ostatnim czasie czytałam dwa takie tytuły: Dziennik zimowy Austera i Moją walkę Knausgarda.
Są książki, które się czyta zachłannie, szczególnie jeśli niecierpliwie czekało się na kolejny tom serii. Pochłaniam właśnie Pogromcę lwów Lackberg, czyli dziewiątą część świetnej sagi kryminalnej.
W międzyczasie czytam sobie, raz rozważnie, innym razem zachłannie, Profesora Stonera Williamsa.
I kiedyś o tych książkach napiszę. Nie dzisiaj. Dzisiaj mam zapchany nos, za oknem pada deszcz (w ogóle lipiec nad morzem...szkoda słów), obejrzałabym jakiś bardzo dobry film, z naciskiem na bardzo...bo ostatnio ciężko trafić nawet na dobre kino.
Aparat analogowy wyjęłam z szuflady, założyłam kliszę. Niech tylko swobodnie odetchnę.

Migawki. Skromnie.





czwartek, 18 czerwca 2015

Refleksje.

Czytam ostatnio Agnieszkę Stein. Wszyscy powinni ją czytać. Tak uważam.
Ostatnio potrzebuję wsparcia, zmiany, takich lektur. Mam wrażenie, że od nowa buduję siebie.


Naprawdę nie lubię poradników, książek na temat wychowania dzieci, jedynie słusznych sposobów na "zdrowe" życie codzienne, ale Jesper Juul i Agnieszka Stein mnie przekonują swoim nienarzucaniem się z niczym, fajnym i mądrym słowem, spojrzeniem na świat relacji dzieci i dorosłych.
Mam potrzebę odcięcia się od świata wirtualnego, dlatego zdecydowanie mniej mnie tutaj. W pracy spędzam dwanaście godzin przed komputerem. Uwierzcie, że jak wracam do domu albo mam wolny dzień, ostatnią rzeczą, o której myślę jest włączenie laptopa. Wolę wyjść z domu. Z dziećmi. Albo poczytać, kiedy są w szkole/w przedszkolu.



Muszę wrócić do fotografowania, bo za chwilę zapomnę, jak to jest trzymać aparat w dłoni...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...