Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura angielska. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 czerwca 2016

Rachel Abbott "Obce dziecko".

Rachel Abbott Obce dziecko, Filia 2016

Obce dziecko Rachel Abbott powtarza schemat znany i lubiany w literaturze, ma niewielkie wady, ale sprawnie prowadzona narracja sprawia, że czytelnik dosłownie zachłystuje się lekturą.
Nic nowego na kartach tej książki, a mimo wszystko czyta się powieść z wielką przyjemnością.

Początek książki jest mocny - od pierwszych stron dużo się dzieje i dzieje się strasznie. Nikt nie chciałby znaleźć się w sytuacji Catariny i jej sześcioletniej córeczki, Natashy.
Po chwili autorka przenosi czytelnika w przyszłość - sześć lat później w pięknym domu na odludziu mieszkają sobie Emma i David z małym synkiem. Sielanka. Czy na pewno? W kolejnych rozdziałach "wypływają" nowe wątki, spokojna codzienność komplikuje się, nikt nie czuje się bezpieczny (nawet we własnym domu), a człowiek, którego (wydawałoby się) dobrze znasz, odkrywa (choć wcale nie chce) swe prawdziwe oblicze.
Nie sposób nudzić się podczas lektury, ponieważ co kilka stron pojawiają się fakty, które zmieniają obraz całości. 
Są wątki, które mogą drażnić, ale w ogólnym rozrachunku uważam Obce dziecko Abbott za powieść udaną i godną polecenia. Szkoda tylko, że jako pierwsza ukazała się w Polsce czwarta część serii, o czym dowiedziałam się po lekturze książki. Jestem, jak wspominałam wielokrotnie, zwolenniczką czytania wszelkich cyklów po kolei, a nie od środka. Nieznajomość poprzednich tytułów nie przeszkadzała mi w lekturze, ale wolałabym...pozostaje wierzyć, że kolejne tomy będą się ukazywały chronologicznie.

Okładka nie zachęca do tego, by zajrzeć do środka. To ocena subiektywna, ktoś inny może mieć odmienne zdanie, ale mnie się strasznie nie podoba. Dobrze, że niezawodna @moniokap przesłała mi ebooka, bo sama pewnie nie sięgnęłabym po Abbott, a straciłabym wtedy lekką i ciekawą lekturę, dobrą na czas, kiedy potrzebuję niezobowiązującej opowieści (wtedy najczęściej sięgam po kryminał lub thriller).

niedziela, 6 marca 2016

Linda Green "Mamifest".

Linda Green Mamifest Świat Książki, 2015

Od niedawna całkiem nieźle radzę sobie z porzucaniem książek, które mnie nie zainteresowały. W porównaniu do lat poprzednich, kiedy to nie potrafiłam odłożyć kiepskiej lektury w przeświadczeniu, że jak już zaczęłam czytać, muszę skończyć, by mieć swoje zdanie na temat danego tytułu czy twórczości autora. Na szczęście teraz ważniejszym jest dla mnie spędzenie czasu z wartościową książką i dlatego dokonuję ostrej selekcji, wybierając kolejną lekturę. Zmieniłam również podejście do kupowania książek z "pod wpływem promocji/okładki/widzimisię/itp." na "czy na pewno potrzebuję/chcę/wzbogacę się, nabywając ten tytuł". Dlatego obecnie kupuję mniej (posiadanie czytnika zdecydowanie pomaga w tym, aby ograniczać nabywanie tradycyjnych książek), a te tytuły, które już mam, jeśli nie zachwycają, trafiają do biblioteki.

Tam właśnie powędrowała powieść Lindy Green. Zmęczyłam Mamifest i stwierdzam, że naprawdę nie lubię tego typu literatury. Podczas lektury czułam, że autorka nie szanuje czytelnika i uważa, że wystarczy zagrać na emocjach i będzie ok. To tak nie działa, przynajmniej na mnie nie działa.
Dobiła mnie rozpisana na czynniki pierwsze "scena z tamponem", kiedy to jedna z bohaterek miesiączkuje, tamponów do torebki nie wrzuciła, a zaraz bierze udział w telewizyjnej debacie. Co robić? Automatów z tamponami w zasięgu wzroku brak, a najbliżej siedzą dwie kobiety z przeciwnej partii, z którymi się przecież bratać nie będzie. Ale jednak kobiety, więc...inteligentnie podchodzi do pierwszej, na oko osiemdziesięcioletniej i szeptem pyta o produkt pierwszej potrzeby. Ta patrzy na nią z politowaniem i mówi, że w jej wieku o tamponach się już nie myśli. Podchodzi więc do drugiej, która, na szczęście, dysponuje odpowiednim środkiem higieny, więc super, sytuacja uratowana, ale...tampon jest przecież innej firmy niż te, których używa zainteresowana; poza tym przyjęła pomoc z ręki "wroga" (te dylematy!). No nic, nie ma wyjścia. Puenta po użyciu tamponu? Na szczęście w środku wszystkie jesteśmy takie same. Amen.

Dlaczego przeczytałam tę powieść do końca, choć kilkakrotnie miałam ochotę porzucić lekturę? Dobre pytanie, na które nie znajduję odpowiedzi. Nie polecam. Szkoda czasu i energii.


wtorek, 16 lutego 2016

Kasieńka.

Sarah Crossan Kasieńka Dwie Siostry, 2015



Czytasz ze ściśniętym gardłem, na bezdechu. Czujesz niepewność, strach i niemoc nastoletniej bohaterki, odbierasz emocje jej nieszczęśliwej matki. Razem z Kasieńką i Olą próbujesz przystosować się do nowej rzeczywistości, ale codziennie kulejesz, tracisz siły, potykasz się o nowe problemy.

Kasieńka jest jeszcze dzieckiem, ale  zmaga się z problemami dorosłych. Dojrzewanie nie jest łatwym procesem, nawet jeśli w życiu dziecka nie zachodzą nagłe zmiany. Co dzieje się w głowie trzynastolatki, gdy z dnia na dzień wyjeżdża z Polski do Anglii, trafia do nowej szkoły, jej angielski nie jest perfekcyjny, a jedyna bliska osoba to nieszczęśliwa, porzucona przez męża, mama? Tytułowa bohaterka to wrażliwa dziewczyna, która pragnie wrócić do Gdańska, nawet jeśli cel tymczasowej emigracji (odnalezienie ojca) nie zostanie osiągnięty. Czuje się zagubiona, momentami zaszczuta przez nowe koleżanki i jedyną odskocznią od codziennych nieprzyjemności jest dla Kasieńki pływanie. Na basenie poznaje Williama, a w domu często czeka na nią ciemnoskóry Kanoro - to takie dobre dusze w życiu nastolatki.

Kasieńka to szczery dziennik mądrej i wrażliwej dziewczynki, która staje się kobietą. Chce być kochana, szuka przyjaźni i akceptacji, zmaga się ze zmianami, jakie zachodzą w jej ciele. To jest opowieść, którą się przeżywa. Jak dojrzewanie.

Słowa, które pojawiają się na stronach napisanej wierszem powieści Crossan, przenikają czytelnika i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Jako mama rówieśniczki Kasieńki jestem głęboko poruszona tą historią.

niedziela, 17 stycznia 2016

Dorastanie Nigela Slatera.

Nigel Slater Tost. Historia chłopięcego głodu Carta Blanca 2011

Nigel Slater jest znanym i cenionym brytyjskim kucharzem i krytykiem kulinarnym. Mnie Nigel kojarzy się z prostotą, skromnością, ciepłem domowego ogniska. Kiedy oglądam Danie dnia rozkoszuję się nie tylko tym, co Slater gotuje, ale również tym, jak opowiada o jedzeniu. Program pięknie wpisuje się w stylistykę slow i, choć lubię także nadpobudliwość Jamiego Olivera, to jednak odpoczywam, wsłuchując się w kojący głos Nigela Slatera.

Tost. Historia chłopięcego głodu to autobiograficzna książka o dorastaniu w Anglii lat 60-tych i 70-tych. To również opowieść o rewolucji kulinarnej, dzięki której w domach pojawiło się mnóstwo produktów przetworzonych i gotowych dań. Gospodynie, które do tej pory spędzały w kuchni niemal cały dzień, mogły odpocząć i przygotować ekspresowe danie z puszki. Produkty te były również zbawieniem dla kobiet, które w kuchni nie potrafiły się odnaleźć. Do takich kobiet należała mama Nigela - w sklepie wybierała tylko produkty gotowe, bała się produktów świeżych, a jak od czasu do czasu miała przygotować danie samodzielnie, robiła się z tego ceremonia, nad którą wisiała nuta niepewności. Zupełnie inną kucharką okazała się gospodyni Slaterów, a później macocha Nigela, która pojawiła się w jego domu rodzinnym po śmierci mamy. Pani Potter uwielbiała gotować i wszystko przygotowywała sama, ale nie dopuszczała do kuchni nikogo, nie zdradzała swych kulinarnych sekretów. Dogadzała przyszłemu mężowi, konkurując o względy mężczyzny z jego synem, którego już wtedy fascynowała magia gotowania.

Dzieciństwo Nigela nie było sielankowe. Książka pełna jest różnych smaczków, nie tylko kulinarnych. Niektóre opowieści są tak sugestywne, że wywołują dreszcz obrzydzenia, jak historia krążącej wokół stołu miseczki z bitą śmietaną, z której każdy nabierał sobie stosowną porcję i każdy obserwował ciocię...zresztą, nie będę psuła innym przeżycia po swojemu tego fragmentu tekstu.

Czytałam tę książkę przed świętami i to idealna lektura na tę porę roku, bo przed świętami dobrze czyta się o jedzeniu, a wspomnienia Nigela Slatera są bardzo smaczne. Żałuję, że nie ma więcej, wydanych w języku polskim, książek tego znakomitego slow kucharza. Liczę na to, że prędzej czy później uda mi się przeczytać Dzienniki kuchenne.

niedziela, 10 stycznia 2016

Cienie w mroku.

Michelle Paver Cienie w mroku W.A.B. 2013
Lubię powieści, których akcja toczy się w zimnym, ciemnym, nieprzyjaznym dla człowieka miejscu. Wówczas bohater czy bohaterowie stają w obliczu wielu niedogodności, często muszą walczyć o przetrwanie i codziennie pokonywać własne słabości, z których czasami nie zdawali sobie sprawy. To siłowanie się z naturą wyzwala wiele emocji, uczy pokory i wzmacnia hart ducha.

Są historie, które opowiadają o heroicznych wyprawach. Są reportaże, opisujące te kawałki świata, gdzie ludzie rzadko zaglądają i gdzie sama pewnie się nie wybiorę. Są wreszcie fikcyjne opowieści, których akcja osadzona jest np. na Spitsbergenie, oferujące nie tylko dobrą fabułę, ale również garść faktów, związanych z tym właśnie miejscem na ziemi.

Jeśli chodzi o zamiłowanie do książek o tematyce polarnej czuję powinowactwo dusz z Anne Fadiman, autorką Ex Libris, która w eseju Moja Specjalna Półka pisze o tytułach, znajdujących się na jej wyjątkowej półce (podobno każdy czytelnik takową posiada) i są to właśnie zbeletryzowane opowieści o wyprawach, dzienniki z podróży w przesiąknięte chłodem rejony. Nie wiem, z czego wynika moje zainteresowanie tego typu pozycjami, ponieważ fanką zimna nie jestem i, kiedy mam wybór, wybieram cieplejsze klimaty, ale tylko ja wiem, jak wiele emocji dostarczyła mi lektura Moich biegunów Marka Kamińskiego czy Córki polarnika Kari Herbert. Może właśnie dlatego, że jestem mało odporna na chłód i raczej nie wybieram się na Grenlandię, lubię przynajmniej o zimnych częściach świata poczytać.

Cienie w mroku Michelle Paver to dziennik Jacka Millera, uczestnika rocznej wyprawy badawczej na Spitsbergen w lipcu 1937 roku. Jack pragnie zostać światowej sławy fizykiem i ma nadzieję, że ekspedycja przybliży go do celu. Plany są takie, że w wyprawie weźmie udział czterech mężczyzn, do Gruhuken dociera jednak troje zdeterminowanych badaczy. Wypadek sprawia, że po kilku tygodniach Jack zostaje sam w małej chatce pośrodku niczego. Musi się zmierzyć nie tylko z zimnem i ciemnością, ale przede wszystkim z własnym strachem i z wyobraźnią, która w tych warunkach potrafi stworzyć przerażające obrazy. Fabuła powieści nie jest fascynująca. Opis powtarzalnych czynności, którym oddaje się Jack wystarczy, aby był interesujący i nie nużył łaknącego zwrotu akcji czytelnika. Jednak czegoś mi w książce Paver zabrakło. Jej opowieść nie przykuła mojej uwagi tak, jak się spodziewałam. Myślałam, że atmosfera Cieni w mroku będzie gęsta od niepewności, groźna, że pojawią się dreszcze. Nic takiego się nie stało. Jednak powieść jest ciekawa i dobrze skonstruowana, więc wciągnęła.

czwartek, 10 grudnia 2015

Sophie Hannah "Buźka".

Sophie Hannah
Buźka
Wydawnictwo Literackie, 2015


Powieść Sophie Hannah została wcześniej wydana pod tytułem Twarzyczka i już wtedy o niej słyszałam, czytałam, kojarzyłam okładkę. Jednak dopiero teraz postanowiłam sięgnąć po tę książkę, skuszona wieloma pozytywnymi opiniami na temat twórczości angielskiej pisarki.

Wybrałam Buźkę, ponieważ lubię zaczynać od początku, a ten tytuł to pierwszy tom cyklu z konstablem Simonem Waterhouse w roli śledczego. Powieść towarzyszyła mi w podróży z Poznania do Słupska i muszę przyznać, że przyjemnie spędziłam kilka godzin w pociągu. Uważam, że Buźka to godna polecenia historia, ale spodziewałam się, że będzie w niej coś innego, jakiś rys charakterystyczny, który zapamiętam i dzięki któremu powieści Hannah są tak wyjątkowe. Tymczasem przeczytałam zgrabnie napisany thriller psychologiczny, w którym momentami trudno zgadnąć, co jest prawdą, a co zmyśleniem. Relacje rodzinne są zawiłe, emocje utrudniają ocenę sytuacji, pozory mylą. W "idealny" świat rodziny Fancourt wkracza strach i stopniowo na światło dzienne wychodzą małe i większe tajemnice mieszkańców pięknego domu. Ginie niemowlę, o czym przekonana jest tylko jego matka, ponieważ według pozostałych mieszkańców rezydencji dziecko jest całe i zdrowe. Tyle tylko, że Alice uważa, że to nie jej córeczka, że ktoś podmienił dzieci i ona, jako mama, czuje i wie, że dziewczynka leżąca w łóżeczku to obce niemowlę. Rozpoczyna się śledztwo, w którym od początku Alice jest na straconej pozycji, ponieważ nie jest w stanie udowodnić, że jej córka zaginęła. Nawet jak wydaje jej się, że ma dowód (np. zdjęcia małej), okazuje się, że jednak nie ma. Większość uważa, że traci zmysły albo dopadła ją poporodowa depresja. Robią z niej wariatkę. Jednak konstabl Simon Waterhouse widzi to, co umyka innym i powoli odkrywa prawdę, wielokrotnie "po drodze" gubiąc się w śledztwie. Simon to dość nieprzystępna postać. Mężczyzna po przejściach, który ma dar dostrzegania szczegółów i nieustannie analizuje, jest flegmatyczny, ale uważny. Mam wobec funkcjonariusza mieszane uczucia. Może w kolejnej części cyklu bardziej mnie do siebie przekona, a może wcale nie musi.

Fajny pomysł na fabułę, lekki styl autorki, niepokój towarzyszący czytaniu i fakt, że nie odgadłam zakończenia historii sprawiły, że Buźkę czytałam z przyjemnością i mogę polecać innym.

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Nie taka dziewczyna.

Lena Dunham jednocześnie intryguje i odpycha. Nie można zaprzeczyć, że jest interesującą młodą kobietą, neurotyczną, wszechstronną, szczerą do bólu. Nie boi się prowokować, nie ubarwia rzeczywistości, co dobitnie przedstawia w serialu Girls. Ostatni sezon Dziewczyn uważam co prawda za dużo słabszy od poprzednich, ale i tak czekam na kolejne odcinki.

Lena Dunham napisała książkę, której zainteresowani niecierpliwie wyglądali, a jak pojawiła się w księgarniach, reakcje były skrajne. Albo zachwyt, albo zmieszanie z błotem. Bo szczera, bo sama chciałabym tak pisać, bo opowiada o tym, o czym większość milczy. Bo tylko o seksie oralnym (a fe!), o kolejnych nieudanych związkach z facetami, o zaglądaniu siostrze tam, gdzie słońce nie dociera. Zwariować można, przeczytać trzeba.

Czyta się świetnie. Naprawdę. Szybko i z przyjemnością "połknęłam" w jeden dzień. Proces dorastania czy też dojrzewania nie jest procesem łatwym, bywa mało przyjemny, ale kształtowanie się człowieka zawsze jest procesem interesującym. I dlatego te krótkie sprawozdania z życia są ciekawe i godne uwagi. Tutaj mamy do czynienia z osobą nietuzinkową, pełną sprzecznych emocji, która najbardziej na świecie chce być kochana i akceptowana przez rówieśników (jak większość). Metody, jakie obiera, to już zupełnie inna historia. Jej neurotyzm to też temat na osobną książkę.

Lena pisze o dwóch typach kobiet, którym zazdrości stylu bycia. Pierwszy typ to te piękne i w depresji, natomiast drugi typ opisuje tak: egzystencjalne pytania zdają się takiej kobiety nie trapić, potrafi ona również umyć piekarnik i ani razu nie pomyśleć: po co? Przecież wkrótce znów się ubrudzi, a zresztą i tak wszyscy umrzemy*.
Nie będę ani pierwszym, ani drugim typem, ale nigdy (w przeciwieństwie do Leny) im nie zazdrościłam. Powyższy fragment bardzo mi się podoba i pokazuje klimat, w jakim utrzymane są zapiski Dunham. Odnalazłam w nich kawałki siebie. Nic mnie w tej książce nie zbulwersowało, nie oburzyło i nie sprawiło, że zaczęłam mniej przychylnym okiem spoglądać na poczynania autorki. Lenę lubię nadal i polecam Nie taką dziewczynę.

P.S. Pisanie Manueli Gretkowskiej swego czasu było uznawane za niesmaczne, czego nie potrafiłam zrozumieć. Czy naprawdę znakomita większość narodu jest tak pruderyjna i nie zdarza im się wykrzyknąć "kurwa" czy chociażby szepnąć "cipka"?

* UWIELBIAM TEN FRAGMENT!



poniedziałek, 13 kwietnia 2015

"Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?"

Przeczytałam w ostatnim czasie osiem książek, właśnie czytam dwie kolejne. Myślę sobie, że chciałabym o nich napisać i na myśleniu się kończy. Tracę do tego bloga serce, ale żal mi porzucać jedyne "miejsce", w którym mogę podzielić się z kimś (nadal wierzę, że mogę) opinią na temat przeczytanej książki.

Najciekawszą z tych ośmiu książek okazała się autobiograficzna opowieść Jeanette Winterson. Cenię autorkę od czasów nauki w liceum, kiedy to zaczytywałam się w powieściach Zapisane na ciele, Płeć wiśni i Nie tylko pomarańcze....Jako studentka odkryłam O sztuce. Eseje o ekstazie i zuchwalstwie i do dziś uważam tę książkę za genialną - szczerą, odważną, zmuszającą do myślenia. Od niedawna mogę do niej wracać, kiedy chcę, ponieważ była jednym z moich zeszłorocznych prezentów urodzinowych. W księgarniach jej nie znajdziecie, trzeba "polować" na allegro.



Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna? intryguje tytułem i, na szczęście, nie tylko tytuł jest interesujący. Całość przeczytałam jednym tchem. Jeanette Winterson szczerze opowiada o trudnym dzieciństwie adoptowanego dziecka, o potrzebie bezpieczeństwa, o poszukiwaniu korzeni, o miłości do książek. Nadawcą tytułowego pytania była bardzo nieszczęśliwa kobieta - adopcyjna matka pisarki, adresatem - szesnastoletnia Jeanette, która postanowiła wyprowadzić się z domu i poszukać szczęścia gdzie indziej. Winterson dorastała w niezdrowej atmosferze, przepełnionej religijnym fanatyzmem, brakiem miłości, dotyku drugiej osoby, szczerej rozmowy. Życie u boku toksycznego rodzica nie należy do przyjemnych. Wrażliwa i inteligentna istota szuka drogi ucieczki, choćby w lektury, które w rodzinnym domu Wintersonów były zakazane (Biblia stanowiła wyjątek). Jeanette godzinami przesiaduje więc w bibliotece, odkrywając i budując swój gust czytelniczy. Odskocznią od domu okazują się również związki z dziewczynami, później kobietami, co, jak można przypuszczać, jest dla starszej pani Winterson totalnym bluźnierstwem.

Proza i poezja to dawki lekarstw.Uzdrawiają to pęknięcie, któremu ulega wyobraźnia z winy rzeczywistości.

Po co ci szczęście... to książka świetnie napisana, pełna refleksji autorki - refleksji, które zmuszają czytelnika do przemyślenia wielu spraw. Tytuł jest, moim skromnym zdaniem, obłędny.

Bywają chwile, kiedy wszystko tak się psuje, że ledwie uchodzisz z życiem, i bywają chwile, kiedy do ciebie dociera, że bycie ledwie żywym, ale na twoich własnych warunkach, jest lepsze niż życie rozdętym półżyciem na warunkach cudzych.

czwartek, 4 grudnia 2014

Simon Beckett

Simon Beckett
Wołanie grobu
Amber, 2011



Czwarta część cyklu z Davidem Hunterem to najmniej drastyczna z książek Becketta. Momentami miałam wrażenie, że czytam powieść obyczajową. W tym tomie rozszerzony został wątek, związany z prywatnym życiem antropologa sądowego. Warto przeczytać Wołanie grobu, bliżej poznać koleje losu głównego bohatera i jego rodzinną historię. Jednak czytelnik nie znajdzie w ostatniej części cyklu tego, co najbardziej charakterystyczne dla twórczości Becketta. W powieści brakuje tajników pracy antropologa, opisów rozkładających się zwłok i makabrycznych morderstw. Owszem, pojawia się wątek kryminalny i jest również seryjny morderca, ale nie ma nastroju grozy i niepewności.

Beckett cofa się do przeszłości, opisując wydarzenia sprzed lat, okrutne zbrodnie popełnione przez jednego człowieka - mężczyznę o niezwykłej sile fizycznej. Doktor Hunter brał wówczas udział w dochodzeniu, był uznanym specjalistą w swojej dziedzinie, był również szczęśliwym mężem i ojcem. Do momentu, kiedy wydarzył się tragiczny wypadek, który zmienił jego życie na zawsze.
Po ośmiu latach do Huntera powraca sprawa z przeszłości. Chcąc nie chcąc antropolog musi wrócić na ponure wrzosowiska, które kiedyś wnikliwie badał. Morderca jest na wolności, a grobów zabitych kobiet nadal nie odnaleziono. Rozpoczyna się manewrowanie między prawdą, fałszem i złudzeniem. Do końca nie wiadomo, kto jest tym dobrym, a kto złym.

Powieść Becketta czyta się dobrze, w żadnym momencie fabuła mnie nie znudziła, ale mimo to oceniam czwartą część cyklu najsłabiej. Oczekuję od pisarza, że mnie zahipnotyzuje i przestraszy. Do tego autor kryminałów (tudzież thrillerów) mnie przyzwyczaił. Chemia śmierci wbiła mnie w kanapę, nie mogłam odłożyć tej książki na później, podobnie Zapisane w kościach. Dziś piszę o Wołaniu grobu, choć wcześniej czytałam Szepty zmarłych (i jeszcze o nich nie wspomniałam na blogu, i nie wiem, czy wspomnę), które również uważam za słabsze od dwóch pierwszych części. O ostatnim tomie pewnie też bym nie pisała, gdyby ponownie zdarzyła mi się blogowa cisza, ale postanowiłam na bieżąco publikować posty, bo wiem (z własnego, oczywiście, doświadczenia), że jak o książce nie wspomnę krótko po jej przeczytaniu, to nie wspomnę nigdy.

poniedziałek, 22 września 2014

Simon Beckett.

Simon Beckett
Zapisane w kościach
Amber, 2007



Doskonała historia. Moje drugie spotkanie z powieścią angielskiego pisarza uważam za równie udane, jak pierwsze. W obu przypadkach nie byłam w stanie oderwać się od lektury. Beckett pisze świetnie. Autor lubuje się w miejscach trudno dostępnych, w zamkniętych społecznościach, gdzie wszyscy dobrze się znają i zbrodnia wywraca życie mieszkańców do góry nogami. Każdy staje się podejrzanym, ale trudno uwierzyć, że którykolwiek z sąsiadów jest mordercą.
Druga powieść Becketta przenosi czytelnika na Runę, małą wysepkę na Hebrydach Zewnętrznych. Antropolog sądowy, David Hunter, przybywa tu z Londynu, by zbadać spalone zwłoki, znalezione w starej chacie. Człowiek nie zdaje sobie sprawy, jak wiele informacji mogą dostarczyć kości, nawet jeśli uległy zniszczeniu, nawet jeśli mają wiele lat. Davidowi, na podstawie znikomego materiału badawczego, uda się zidentyfikować ofiarę i powoli odczytać zagadkę makabrycznej zbrodni. Nie będzie to łatwe i pozbawione błędów, ale dzięki temu kryminał czyta się fantastycznie. Beckett jest mistrzem, jeśli chodzi o budowanie atmosfery. Jego bohaterowie są skazani na samych siebie, odcięci od świata przez szalejący na morzu sztorm, świadomi tego, że wśród nich przebywa morderca. Nikt nie może czuć się komfortowo w takich okolicznościach przyrody. W mieszkańcach narasta bunt, wzmaga się agresja, pojawia się wiele pytań, wątpliwości i oskarżeń. Stara zbrodnia nie wzbudziłaby takich emocji, ale na wyspie pojawiają się nowe ofiary, a wraz z nimi atmosfera robi się ciężka i coraz bardziej złowroga. David Hunter, chcąc nie chcąc, staje się aktywnym uczestnikiem wydarzeń. Policyjni śledczy nie są w stanie dotrzeć na wyspę i przejąć inicjatywy. Rozwiązaniem zagadki zajmują się więc antropolog sądowy, emerytowany policjant i przedstawiciel lokalnej władzy, dla którego priorytetem jest przesiadywanie w barze, z zawsze pełnym kuflem piwa pod ręką.

Powieści Becketta czytam zachłannie i z wielką przyjemnością. Na razie nie przeszkadza mi schematyczność i podobna w obu książkach konstrukcja zdarzeń. W Chemii śmierci wszystko było świeże, więc zaskakujące. Zapisane w kościach też jeszcze potrafiło mnie zadziwić, ale obawiam się, że jeśli autor będzie trzymał się schematu, w kolejnej książce szybko uda mi się wytypować zbrodniarza. Co nie znaczy, że Szepty zmarłych nie okażą się równie dobrą powieścią.

środa, 3 września 2014

Szlakiem kości...

Elly Griffiths
Szlak kości
Wydawnictwo Literackie, 2011


Czasami nie mogę wybrać książki, którą chciałabym przeczytać. Leży przede mną kilka ciekawych tytułów, a mnie się wydaje, że w tym momencie żaden z nich nie okaże się interesujący. Wyjściem z tej nieprzyjemnej sytuacji jest sięgnięcie po kryminał. Tak, ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, że na powieść kryminalną zawsze mam ochotę. Kiedy trafiłam na Szlak kości nie miałam problemu z lekturą. Czytałam Zatrute ciasteczko Alana Bradleya. Jednak na książkę Elly Griffiths trafiłam, będąc u przyjaciół i nie chciałam jej zabierać do domu, więc rozstałam się na chwilę z Flawią de Luce, by rozsmakować się w historii pewnego porwania.

Ruth Galloway jest antropologiem, dlatego zostaje poproszona o zbadanie kości, znalezionych na bagnach. Okazuje się, że kości są bardzo stare, pochodzą z epoki żelaza i są to kości dziecka. Biorąc pod uwagę miejsce, w którym zostały odkryte, można przypuszczać, że dziecko stałą się ofiarą kultu. Tak się składa, że pani antropolog kilka lat wcześniej prowadziła szczegółowe badania na tych bagnistych terenach i doskonale zna skandynawską mitologię. Dzięki temu Ruth staje się cennym informatorem dla policji i zaczyna owocną współpracę z inspektorem Nelsonem.
Galloway jest specjalistką od przeszłości, zna się na kościach i rytualnych obrzędach. Tymczasem policję interesuje przede wszystkim teraźniejszość, czyli zniknięcie dziewczynki, które może mieć związek z tragedią sprzed dziesięciu lat, a nie z wydarzeniami z epoki żelaza. Niespodziewanie dla samej siebie, Ruth staje się nie tylko obserwatorem wydarzeń, ale również ofiarą potencjalnego zbrodniarza.

To nie jest najlepszy kryminał, jaki czytałam. Griffiths szybko odsłoniła karty i bez trudu mogłam odgadnąć, kto wprowadził chaos do spokojnego miasteczka i co stało się z Lucy, dziewczynką, która kilka lat wcześniej zniknęła w podejrzanych okolicznościach. Wątek kryminalny wypada średnio, a mimo to czytałam Szlak kości z przyjemnością i mam ochotę na więcej (w Polsce ukazały się na razie dwa tomy serii). Polubiłam głównych bohaterów, z którymi spotkam się w kolejnej książce i będę śledziła ich życiowe perypetie. Do Camilli Lackberg też mogłabym się momentami przyczepić, bo nie wszystkie części skandynawskiej sagi są świetne, ale ile się dzieje u bohaterów, których poznajemy bliżej z tomu na tom. Ruth i inspektor Nelson wzbudzili moją sympatię, a zakończenie książki sprawiło, że już nie mogę się doczekać, co będzie dalej...



poniedziałek, 1 września 2014

Kobiety z Arlington Park.

Rachel Cusk
Arlington Park
Wydawnictwo Literackie, 2010


Moje pierwsze spotkanie z prozą Rachel Cusk uważam za bardzo udane. Arlington Park to opowieść o kobietach, mieszkających na przedmieściach Londynu; o matkach, które zalewa gorycz z powodu utraconej wolności; o niespełnieniu i codziennej walce o zachowanie pozorów szczęścia. Jest gorzko. Smutno. Momentami cholernie prawdziwie.

Nawet przez chwilę nie utożsamiłam się z żadną z tych kobiet. Portrety bohaterek są mocno przerysowane, dawka niezadowolenia z życia przekracza normę. Jednak dzięki temu zabiegowi czytelnik nie jest w stanie czytać tej powieści z obojętnym wyrazem twarzy. Nastroje, których doznają bohaterki książki, są odczuciami wszystkich kobiet. Jednak większość żon i matek nie przeżywa ich codziennie, niemal w każdej godzinie dnia; większości z nas nie przesłaniają one radosnych chwil. Nikt nie twierdzi, że życie to pasmo pozytywnych emocji, ale nie jest też tak, że nieustannie torturuje nas codzienność i na każdym kroku zmagamy się z trudnościami i przeszkodami. Podczas lektury wielokrotnie miałam wrażenie, że bohaterki na własne życzenie stały się współczesnymi męczennicami i każdego dnia dokonują swoistego samobiczowania. Życie tych kobiet jest stabilne, nie zmagają się one z problemami finansowymi. Jednak pozór spełnienia i stabilizacji jest kruchy. Z zewnątrz obserwujemy zadbane domowe ognisko, nad którym pieczę sprawuje gospodarna pani domu. Wewnątrz często wieje chłodem i niespełnieniem.
Nie chcę, aby kobiety z Arlington Park zostały uznane za znudzone życiem marionetki, które kłopotów nie mają, więc sobie je wymyślają. Myślę, że każda z nas momentami rozkłada swe życie na czynniki pierwsze i doznaje rozczarowania. I to jest normalne. Fajnie mieć dom, rodzinę, pracę, ale człowiek pragnie czegoś więcej. Zawsze.

Rachel Cusk świetnie pisze o kobietach, których życie wydaje się lekkie i proste, a mimo to przytłacza je szarość dnia codziennego. Kiedyś miały pasje, cieszyły się życiem, lubiły spotkania towarzyskie. Później stały się matkami i jakby umarły - dla siebie, dla partnerów, dla świata.
Mnie się styl pisarki bardzo podoba. Autorka jest doskonałym obserwatorem życia i celnie ubiera w słowa to, co każdy z nas dostrzega, a o czym często nie mówi. Spędziłam przyjemne i ciekawe chwile z powieścią Arlington Park i na pewno będę szukała kolejnych książek Rachel Cusk na bibliotecznych półkach.

środa, 13 sierpnia 2014

Wszechświat kontra Alex Woods

Gavin Extence
Wszechświat kontra Alex Woods
Wydawnictwo Literackie, 2014


Zawsze łatwiej podporządkować się ogółowi, ale wiara w zasady zakłada, że należy robić to, co słuszne, a nie to, co łatwe. Chodzi o pewną wewnętrzną spójność, a to jest coś, co możesz sam kontrolować. Nikt nie ma na to wpływu.

Czytałam tę książkę z zainteresowaniem, ale bez większych zachwytów. Gdybym ją kupiła, kierowana pozytywnymi recenzjami innych czytelników, żałowałabym wydanych pieniędzy. Na szczęście, znalazłam tę powieść na bibliotecznej półce i teraz z przyjemnością ją tam odniosę.

Tytułowy bohater, Alex Woods, jest fajnym, ciekawym świata nastolatkiem i wzbudza pozytywne uczucia. To typ intelektualisty, który lepiej dogaduje się z dorosłymi niż z rówieśnikami.
Splot pewnych wypadków sprawia, że Alex staje się nastolatkiem niezwykłym i popularnym.
Woods opowiada o swoim życiu przed i po bliskim spotkaniu z kawałkiem meteorytu. Większa część powieści skupia się na opisie wydarzeń, które miały miejsce po wypadku. To szczegółowa opowieść  i, momentami, ta drobiazgowość mnie nużyła. Bez większego problemu mogłam odłożyć książkę na stolik i wrócić do czytania po dwóch dniach.

Historia niezwykłego nastolatka jest interesująca, ale nie odnalazłam w tej książce tego, o czym czytałam w recenzjach na blogach czy forach literackich. Debiut Extence'a uważam za udany, ale spodziewałam się po tej powieści dużo więcej niż otrzymałam. Być może mogłam czytać z większym zaangażowaniem albo uparcie drążyć i szukać drugiego dna w historii, opowiadanej przez głównego bohatera. Być może jednak nie ma w tej książce nic nadzwyczajnego, co sprawiłoby, że treść pozostanie we mnie na długo.

środa, 28 maja 2014

Piąte dziecko.

Doris Lessing
Piąte dziecko
Marba Crown, 1992


Wiem, że nie ocenia się książki po okładce i nie zamierzam tego robić. Gdybym nie znała nazwiska autorki, nie zainteresowałabym się tak wydanym tytułem. Jednak Doris Lessing, brytyjska pisarka, laureatka Nagrody Nobla w 2007 roku, od dawna była moim wyrzutem sumienia, jeśli chodzi o znajomość z noblistami (nie ona jedna zresztą).

Autorka od pierwszych stron Piątego dziecka wprowadza czytelnika w sielankowy nastrój małżeńskiego raju. Są lata sześćdziesiąte XX wieku. Dawid i Harriet bardzo się kochają, oboje marzą o wielkiej rodzinie, kupują duży dom z ogrodem na przedmieściach Londynu. Na świecie, jeden po drugim, pojawiają się kolejni potomkowie. Bliscy z chęcią ich odwiedzają, a oni z równą chęcią i gościnnością, przyjmują ich u siebie na całe lato, na święta. Bywa ciężko, jak to zwykle przy dzieciach, ale najważniejsze, że miłość rodzinna kwitnie, a plan jest z powodzeniem realizowany. Do momentu, gdy Harriet zachodzi w ciążę i małżonkowie oczekują przyjścia na świat swego piątego dziecka.

Ta ciąża jest dla kobiety wyjątkowym wyzwaniem. Dziecko bardzo szybko rośnie i rozwija się inaczej niż przeciętne maleństwo, będące w łonie matki. Na świat przychodzi duży chłopiec, któremu rodzice dają na imię Ben. Pojawienie się w domu piątego dziecka całkowicie dezorganizuje życie rodzinne, wprowadza codzienny niepokój i strach. Mały człowiek staje się pępkiem świata nie dlatego, że jest tak ślicznym i kochanym maleństwem, ale dlatego, że sprawia wrażenie monstrum, z którym nawet dorośli domownicy nie są w stanie sobie poradzić.

Doris Lessing po mistrzowsku stopniuje napięcie. Grozę późniejszych zdarzeń czuć od pierwszych stron powieści, choć ta część książki przepełniona jest szczęściem rodzinnym, rozkwitającą miłością i pozytywnym nastawieniem do świata. Wiemy jednak, że ten sielankowy obraz zostanie zburzony.

Pisarka konfrontuje czytelnika z innością, która wprowadza w życie chaos. Ben, jako dziecko nieprzewidywalne, wymaga nieustannej opieki. Matka jest jedyną osobą, która, mimo strachu, próbuje nawiązać z nim kontakt. Reszta rodziny odrzuca dziwne dziecko, izoluje je od rodzeństwa, od innych ludzi.
Lessing napisała książkę o sile miłości i o zmianach, które potrafią zaprzeczyć wszystkiemu, w co do tej pory wierzyliśmy. Ta historia jest krótka, ale ładunek emocjonalny, który w sobie nosi, jest ogromny. Harriet żyje na skraju załamania nerwowego, borykając się z trudnymi uczuciami i wyborami. Chce być blisko wszystkich swoich dzieci, a skupia się tak naprawdę na jednym.
Żadna z decyzji, które podejmuje jako matka, nie wydaje się właściwa.

Piąte dziecko to prosta historia, która dotyka bardzo trudnego tematu. Autorka powieści zmusza czytelnika do myślenia i długo nie pozwala zapomnieć o tej, momentami wstrząsającej, książce.

sobota, 24 maja 2014

Chemia śmierci.

Simon Beckett
Chemia śmierci
Amber, 2006


Każdy rozdział tej książki kończył się tak, że nie byłam w stanie jej odłożyć i za to autorowi należą się ogromne brawa. Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak zachłannie czytała kryminał. Młodszego księgowego Dehnela, owszem, właśnie z przyjemnością "połykam". Za chwilę rzucę się na pierwszy tom dzienników Susan Sontag. Ale kryminał?

Chemia śmierci to pierwszy tom cyklu z Davidem Hunterem, antropologiem sądowym, który zaszył się w małej mieścinie i pracuje jako miejscowy lekarz. Ani pracodawca, ani pacjenci nie znają przeszłości doktora, a mężczyźnie wcale nie zależy, by mieszkańcy widzieli w nim kogoś więcej niż pracownika służb medycznych. Sytuacja ulegnie zmianie, gdy dwaj chłopcy znajdą okaleczone zwłoki, będące w stanie takiego rozkładu, że nie można określić płci denata. Miejscowa policja szuka śladów, ale śledztwo nie przynosi zadowalających rezultatów. Szef policji dociera do informacji na temat przeszłości Huntera i prosi lekarza o pomoc w rozpoznaniu ofiary. David nie chce wracać do bolesnych wspomnień, nie ma ochoty na ponowne spotkania ze śmiercią i żmudne analizowanie przyczyn rozkładu ludzkiego ciała. Chemia śmierci jest jednak tak fascynującym zjawiskiem (wielu ciekawych informacji można się dowiedzieć z powieści Becketta), a Hunter to prawdziwy pasjonat, który jest przede wszystkim antropologiem sądowym, nie lekarzem. Bohater postanawia pomóc policji w śledztwie, tym bardziej, że pojawiają się nowe tropy i wszystko wskazuje na to, że morderca nie poprzestanie na jednej zbrodni.

Chemia śmierci to bardzo dobra książka. Od pierwszej do ostatniej strony trzyma w napięciu. Małomiasteczkowa atmosfera Manham jest duszna, złowroga, nieprzyjazna obcym. David Hunter od trzech lat mieszka i pracuje w tym mieście, a mieszkańcy nie traktują go jak swojego. Staje się pierwszym podejrzanym, gdy w miasteczku pojawia się informacja o morderstwie.
Hunter angażuje się w śledztwo całym sobą, jest dokładny i ma ogromną wiedzę. To interesujący bohater, którego czytelnik szybko polubi i będzie mu kibicował nie tylko w życiu zawodowym, ale również w prywatnym.

Pozostaje mi polecić tę świetnie napisaną książkę miłośnikom kryminałów i thrillerów medycznych. Nie wiem, do którego gatunku literackiego bardziej pasuje Chemia śmierci. Grunt, że to doskonała historia.

sobota, 5 kwietnia 2014

Czym jest zło?

Hannah Kent
Skazana
Prószyński i S-ka, 2013


Agnes Magnusdottir, bohaterka powieści Kent, była postacią autentyczną. W 1829 roku, w północnej Islandii, została skazana na śmierć za współudział w morderstwie. W oczekiwaniu na egzekucję przebywała w gospodarstwie urzędnika okręgowego, pomagając jego żonie i dwóm córkom. Regularnie spotykała się również z młodym księdzem, który pełnił rolę opiekuna duchowego skazanej.
Agnes była ostatnią osobą w Islandii, na której wykonano karę śmierci. W historii tego kraju zapisała się jako kobieta bezlitosna - wiedźma, która zasłużyła na to, co ją spotkało. Czy Agnes rzeczywiście była winna zarzucanych jej czynów? Czy miała jakiekolwiek szanse na obronę?

Hannah Kent postanowiła zweryfikować dostępne źródła, ponieważ zafascynowała ją tragiczna historia Magnusdottir. W swej powieści autorka stara się pokazać, że wina skazanej nie była oczywista. Historia życia Agnes jest przejmująco smutna i dotkliwa. Czytelnik czuje współczucie dla skrzywdzonej kobiety, jednak jej nie rozgrzesza. Przeczuwa niesprawiedliwość, która czai się za progiem gospodarstwa, w którym bohaterka przebywa, ale długo nie wie, jak traktować skazaną.
Siła książki Hanny Kent tkwi w tym, że jest to opowieść moralnie niejednoznaczna, zmuszająca do refleksji. Autorka nie jest sentymentalna, w żadnym momencie opowiadanej historii nie staje się moralizatorem, nie ocenia, tylko przedstawia. Operuje prostym i surowym językiem, który doskonale wpisuje się w klimat Islandii i mentalność jej mieszkańców.

Agnes Magnusdottir poznajemy jako kobietę zamkniętą w ciemnej komórce, brudną i zawszoną, niepewną swego losu. Od razu dowiadujemy się również, jak postrzegają ją mieszkańcy. Dla nich jest ona ucieleśnieniem zła. Nikt nie daje jej prawa do obrony, kobieta nie ma prawa głosu. Świat islandzkich gospodarzy to czarno - biała codzienność, proste reguły, zabobon i religia, ciężka praca, bieda. Dla rodziny, u której Agnes mieszka do czasu egzekucji, jej obecność to ogromne zagrożenie. Nie znają jej, nie wiedzą jaka jest, ale z góry zakładają, że, jako morderczyni, i im wyrządzi krzywdę. Z biegiem czasu inaczej spojrzą na śpiącą w tej samej izbie kobietę, ale tak naprawdę jedynym sprzymierzeńcem Magnusdottir pozostanie wikariusz Toti. 

W książce świetnie ukazane są emocje bohaterów. Surowy styl powieści sprawia, że wiele uczuć pozostaje zakamuflowanych, ale być może dlatego, gdy już się ujawnią, zyskują na znaczeniu. Pogarda i nienawiść istnieją obok współczucia i prób zrozumienia sytuacji. Czytelnik doświadcza zmiennych emocji, co rusz stając przed kolejnym dylematem, ponieważ ocena postępowania Agnes nie jest prosta. 

Zakończenie powieści to majstersztyk. Kiedy myślę o ostatnich stronach Skazanej po plecach przechodzą mi ciarki.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Wołanie kukułki.

Robert Galbraith
Wołanie kukułki
Wydawnictwo Dolnośląskie, 2013


Wszyscy już wiedzą, że Robert Galbraith to pseudonim J.K.Rowling. Niezależnie od tego, kto jest autorem Wołania kukułki uważam ten kryminał za przeciętny. Śledztwo w sprawie samobójstwa znanej modelki interesowało mnie umiarkowanie. Do głównego bohatera Cormorana Strike'a nie zapałałam wielką sympatią. Prywatny detektyw nie wydał mi się również antypatyczny, a nie jest dobrze, gdy postać literacka wywołuje co najwyżej letnie uczucia. Sekretarka Strike'a, choć zafascynowana profesją pracodawcy, jest bohaterem mało wyrazistym. Oboje nie budują fabuły, a moim zdaniem dobry kryminał to nie tylko ciekawe śledztwo, ale również interesujące i charakterne postaci pierwszoplanowe.
Idąc tropem tego, co mnie się w powieści Galbraith nie podobało, napiszę o nudzie, która towarzyszyła lekturze książki. Nie wspominam dobrze Pocztówkowych zabójców Lizy Marklund (miałam wrażenie, że czytam scenariusz filmowy), ponieważ lubię klimat skandynawskich kryminałów, gdzie akcja toczy się niespiesznie, a w fabułę autorzy wplatają wiele osobistych wątków z życia głównego bohatera; gdzie inspektor/policjant/detektyw to człowiek z krwi i kości, nieco neurotyczny, borykający się z problemami dnia codziennego, a nie superbohater walczący ze złem tego świata. Cormoran Strike wpisuje się w tę charakterystykę. To gapowaty, mało atrakcyjny inwalida wojenny, który właśnie rozstał się z piękną kobietą i bez grosza przy duszy próbuje jakoś funkcjonować. Sypia w biurze, ale przed sekretarką (na którą go nie stać) udaje, że wszystko jest dobrze. Akcja powieści toczy się powoli, detektyw spotyka się z kolejnymi osobami, rozmawia z nimi, wyciąga wnioski. Jednak postaci są nijakie, a to niespieszne tempo drażni.
Zabrakło mi tła psychologicznego. Czytając Wołanie kukułki miałam wrażenie, że autorka prezentuje poszczególne etapy śledztwa, nie wnikając w głąb problemów. Ten suchy, nie wzbudzający żadnych emocji przekaz sprawił, że powieść stała się nużąca. Nie miałam ochoty wspólnie z Cormoranem rozwiązywać zagadki, a przecież na to czekam, gdy sięgam po kryminał. Przyznam, że gdyby nie moja skłonność do tego, by czytać do końca książki rozpoczęte, przerwałabym lekturę powieści. Bez większego żalu.
Wołanie kukułki wielu czytelnikom przypadło do gustu i niecierpliwie czekają na kolejne kryminały Galbraith. Nie dołączę do tego grona i pozwolę sobie sięgnąć po inną powieść.

środa, 8 stycznia 2014

Chamberlain i jej "Zatoka o północy".

Diane Chamberlain
Zatoka o północy
Prószyński i S-ka, 2013


W najbliższym czasie nie przewiduję ponownego spotkania z Diane Chamberlain. Po przeczytaniu licznych pozytywnych recenzji książek pisarki, skusiłam się na Zatokę o północy i, niestety, doznałam rozczarowania. Powieść mnie nie oczarowała, nie zachwyciła, nie wzruszyła. Być może powinnam rozpocząć znajomość z Chamberlain od Tajemnicy Noelle albo Sekretnego życia CeeCee Wilkes - książek najwyżej ocenianych i najczęściej polecanych przez blogerów. Jeśli jednak wymienione tytuły utrzymane są w podobnym klimacie co Zatoka..., to dziękuję, nie skorzystam.

Fabuła powieści jest bardzo prosta i przewidywalna. Mimo, iż autorka sugeruje czytelnikowi, jak wstrząsające i bolesne są wspomnienia głównych bohaterów, ja jako czytelnik tego cierpienia nie czuję. To właściwie największy zarzut, który stawiam książce. Zatoka o północy to letnia historia, nie wywołująca żadnych emocji, pełna banałów i ulatująca z pamięci równie szybko, jak została przeczytana. Czyta się bowiem, a jakże, lekko i sprawnie. Co z tego, jeśli opowieść prześlizguje się po powierzchni tematów, nie jest w stanie przykuć uwagi i zainteresować wyrazistymi bohaterami?

Zatoka... opowiada o pewnym morderstwie sprzed wielu lat. Historię tamtego lata poznajemy z perspektywy trzech kobiet: Marii (matki) oraz Julie i Lucy (córek). Traumą ówczesnych wakacji była śmierć pięknej Isabel, najstarszej córki Marii. Wydaje się, że sprawa zabójstwa została rozwiązana, a winowajca ukarany. Jeden list sprawia, że kobiety muszą się ponownie zmierzyć z przeszłością i wrócić wspomnieniami do tragicznego lata.

Przeczytać można, ale nie trzeba. Fanom Jodi Picoult twórczość Diane Chamberlain na pewno przypadnie do gustu. Mnie nie przypadła - może dlatego, że lubię tylko dwie książki Picoult, choć przeczytałam ich więcej.


poniedziałek, 28 października 2013

Ulotność ludzkiej pamięci.

Julian Barnes
Poczucie kresu
Świat Książki, 2012


Alex, Colin, Tony i Adrian - koledzy ze szkolnej ławy. Chłopcy, którzy wspólnie przechodzą czas dorastania, bojąc się, że życie nie okaże się takie jak Literatura. Są lata sześćdziesiąte, a oni nie czują ich magii. Ich życiu nie towarzyszy hippisowski luz, nie pławią się w przydymionej i pełnej wolnej miłości codzienności. Są pretensjonalni - od czego innego jest młodość? - pyta Tony, narrator tej opowieści.

Anthony Webster, dzięki któremu cofamy się kilkadziesiąt lat wstecz, jest już na emeryturze i z perwersyjną wręcz przyjemnością wraca do lat młodzieńczych. Ludzka pamięć okazuje się ulotna, a czas nie działa jak środek utrwalający, lecz raczej jak rozpuszczalnik. Niestety, Tony nigdy nie prowadził dziennika, więc musi bazować na dziurawych wspomnieniach, które, jak mężczyzna wkrótce odkryje, nieco upiększyły przeszłość. Jeden list spowoduje, że do Anthony'ego wróci jego młodsze ja, by zaszokować (...) starsze ja tym, czym niegdyś było lub do czego było zdolne.

Tony pozwolił, by życie mu się przytrafiło. Pragnął, by codzienność nie wadziła. Był egzystencjalnym przeciętniakiem. Mógłby uczyć młodych ludzi, jak mieć najlepsze lata życia za sobą, zanim jeszcze człowiek zdąży pojąć, na czym polega życie. Dziś, jako starszy mężczyzna, żałuje tego, że wegetował zamiast żyć. Dziś patrzy na siebie i widzi żałosnego, nudnego człowieka, któremu nigdy nie starczyło odwagi, by zrobić coś moralnie dwuznacznego, wariackiego, niepoprawnego. Skrupulatnie, z roku na rok, Tony budował swój magazyn wspomnień, a na starość okazało się, że za młodu człowiek pamięta swoje krótkie życie w całej jego skończoności. Później pamięć to strzępy i łaty.

Nie będę się rozwodziła nad poszczególnymi postaciami, które odegrały znaczącą rolę w życiu głównego bohatera. Zarówno samobójca Adrian, jak i Veronica - pierwsza dziewczyna Tony'ego to ciekawe, żywo reagujące i charakterne postaci.
Mnie najbardziej uwiódł Barnes, jego niedomówienia, hipnotyzujący styl pisania. To niesamowite, jak słowa mogą przyciągać, magnetyzować, zachwycać. Julian Barnes to mistrz inteligentnej prozy, która umie czytelnika zaczarować, choć nie stosuje zwrotów akcji. Śmiem twierdzić, że pozornie nic się nie dzieje, a napięcie sięga zenitu. To jest powieść pięknie napisana.

sobota, 5 października 2013

Zdobywam zamek.

Dodie Smith
Zdobywam zamek
Świat Książki, 2013


Cudna okładka, obok której nie mogłam przejść obojętnie. Pozytywne recenzje książki, które w ostatnich tygodniach mnożyły się na blogach i literackich portalach, sprawiły, że zapragnęłam przeczytać tę powieść już, natychmiast, przeczuwając, że ta lektura i mnie zachwyci. Czy zachwyciła? Daleka jestem od zachwytu, ale przyznaję, że czytanie pamiętnika siedemnastoletniej Cassandry sprawiło mi wiele przyjemności.

Pierwsze wydanie powieści ukazało się w 1948 roku. Polski czytelnik musiał długo czekać na delektowanie się tą opowieścią, ponieważ dopiero w tym roku książka pojawiła się na naszym rynku wydawniczym. Są tacy, których to wydarzenie zachwyciło, kojarzyli tytuł, czytali Zdobywam zamek w oryginale. Ja należę do grupy osób, które kilka tygodni temu usłyszały nazwisko Dodie Smith (101 dalmatyńczyków nie jest mi obce, ale jakoś nigdy nie zainteresowałam się, kim jest autor książki).

Wydawca sugeruje, że powieść można żartobliwie nazwać blogiem nastolatki z epoki przedkomputerowej. Mnie się to porównanie bardzo podoba, sama żyłam w tej epoce i zapisałam setki stron, więc wiem, jak ważnym i ciekawym zajęciem może być w wieku dojrzewania pisanie pamiętnika. Nigdy nie lubiłam słowa "pamiętnik", bez powodu właściwie, ale Cassandra wielokrotnie w ten sposób określa kolejne notatniki, które stają się niemal najbliższymi przyjaciółmi. Krąg rodziny i znajomych głównej bohaterki jest dosyć wąski, w związku z czym dziewczyna analizuje i przeżywa każde najmniejsze wydarzenie. W konsekwencji czytelnik może oddać się lekturze, w której szczegółowo opisane zostały poszczególne partie dnia. Brzmi sucho i beznamiętnie, ale dziennik Cassandry buzuje od emocji. Nastolatka pisze starannie, poświęca na pisanie dużo czasu, doskonaląc talent literacki. Jej pamiętnik to kronika codziennego życia rodziny Mortmainów - rodziny nieco ekscentrycznej i pewnie dlatego lektura daje tyle przyjemności, nawet przez chwilę nie będąc nużącym odbiciem nastoletnich wrażeń. Siedemnastoletnia Cassandra to słodka, ale jednocześnie rozsądna dziewczyna, spostrzegawcza, momentami naiwna (jak na nastolatkę przystało), ale w tej naiwności pełna wdzięku. To, czego jej nie brakuje, to umiejętność dostrzegania tego, co innym umyka; dar obserwacji.

Mortmainowie mieszkają w okazałym zamku w Anglii, ale prawda jest taka, że są biedni, dokucza im głód i zimno. Stali się mistrzami w stwarzaniu pozorów, bazując na dawnej sławie ojca - autora jednej świetnej powieści. Na szczęście w ich życiu pojawiają się dwaj zamożni Amerykanie, którzy odziedziczyli dom, stojący w sąsiedztwie zamku. Ta chwila zmienia wszystko, a Cassandra skrupulatnie każdy zwrot w historii swej rodziny odnotowuje. Czytelnik obserwuje, jak dorasta narratorka opowieści, choć pamiętnik pisała przez sześć miesięcy. Cassandra z podlotka staje się kobietą, dojrzewa, poznaje czym jest miłość. Pomimo swego wieku potrafi być konsekwentna i rozsądnie oceniać sytuacje. Dokładnie analizuje zachowania bliskich jej osób i wyciąga trafne wnioski. Z jednej strony nastolatka jest czarująco dziecinna, z drugiej - bywa mądrą i doświadczoną kobietą. Na tym pewnie polega urok jej pamiętnika, w którym pozornie przeciwstawne cechy charakteru mieszają się, tworząc ciekawą osobowość. Warto zaznaczyć, że wśród bohaterów powieści odnajdziemy więcej interesujących postaci.

Podsumowując, bardzo przyjemna książka. Wdzięczna jestem autorce, że nie stworzyła cukierkowej historii o biednej rodzinie, której na ratunek przybywają bogaci mężczyźni, zakochując się w pięknych córkach ekscentrycznego pisarza. Zdobywam zamek to pełna uroku i słodyczy opowieść, ale daleko jej do romansu. Bywa gorzko i smutno, ale w ogólnym rozrachunku pozytywnie. I w starym stylu. Nie zestawiłabym tej książki z twórczością Lucy Maud Montgomery, ale Dodie Smith udało się zachować klimat klasycznej powieści.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...