Wyjdzie na to, że się cofam, ponieważ lekturą, która ostatnio dokonała cudu i wciągnęła mnie na dobre, jest książka dla młodzieży. Niech będzie, że się cofam. Endymion Spring to lekka, interesująca pozycja na jeden dzień. Tak, tak, jeden dzień wystarczył, a dawno z żadną książką nie obcowałam tak krótko. Ze względu na zainteresowanie (a nie znudzenie) historią, oczywiście.
Opowieść Matthew Skeltona nie jest ani odkrywcza, ani specjalnie bogata w wydarzenia. Historia chłopca, który do bibliofilów nie należy, a nagle jego cały świat zawęża się do jednej książki, to nic nowego. Fakt, że książka ta ma magiczne właściwości, łączy przeszłość z przyszłością i wciąga bohatera w sieć umiarkowanie niebezpiecznych zdarzeń - też nowością nie jest. Jednak powieść ma klimat, "coś się w niej dzieje" i...doceniam to. Po serii nieudanych spotkań z książką, cieszy mnie niezmiernie, że trafiłam w bibliotece na Endymiona...
Nie rozumiem tylko, dlaczego powieść ogłoszono Kodem Leonarda da Vinci dla młodzieży, bo powiązań nawet mizernych nie znalazłam.
5/6
piątek, 13 sierpnia 2010
czwartek, 5 sierpnia 2010
Księga ocalenia (reż.Albert Hughes, Allen Hughes)
Mroczny, ciemny, ponury, szary, pełen przemocy i pozbawiony głębi film. Takie są moje odczucia po obejrzeniu Księgi ocalenia. Myślę, że reżyser miał ciekawy pomysł, ale go nie wykorzystał. Niby wiadomo o co chodzi, ale końcówka filmu rozczarowuje bardziej niż całość. Denzel Washington występuje tu w roli samotnika, przemierzającego bezkresne, pokryte pyłem po jakimś apokaliptycznym wybuchu, przestrzenie; pochodzi z przeszłości i rozwala wszystkich, których spotka na swej drodze (tych złych, oczywiście, którzy nie znają dawnych, światłych czasów - są zachłanni, brutalni, ciemni). W jego posiadaniu znajduje się najważniejsza księga świata, dla której co niektórzy są w stanie zabić. Także jeden zabija, bo chroni cenny przedmiot, drugi zabija, by go przejąć. Proste. Tylko dlaczego ten jeden dysponuje siłą, pozwalającą mu wytłuc połowę miasta, a ten drugi, mając pod sobą tę połowę miasta, przegrywa? Tak, wiem, tamtego prowadzi moc księgi, ale naciągane to bardzo. Poza tym, dlaczego w imię tej księgi, pozbawia się życia tylu ludzi?
I dlaczego zakończenie jest tak mdłe i nijakie. Rozczarowuje strasznie.
Mnóstwo zastrzeżeń budzi ten film. Jestem na nie.
I dlaczego zakończenie jest tak mdłe i nijakie. Rozczarowuje strasznie.
Mnóstwo zastrzeżeń budzi ten film. Jestem na nie.
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
...migawki z lektury
Lektury ostatnie - nieliczne i mało zajmujące, ale doczytane. Nie jestem leniwa, ale książki poczytuję bez zbytniego zainteresowania, nie mogę niczego dla siebie znaleźć. Nie potrafię się zachwycić słowem pisanym. Chciałabym bardzo, bo zaczynam zapominać, jakie to uczucie.
Jodi Picoult "Zagubiona przeszłość"
To druga, po "Świadectwie prawdy", książka Picoult, po którą sięgnęłam. Czyta się szybko, płynnie, ale bez fajerwerków. Sama historia życiowa i przejmująca, ale to akurat nie dziwi, bo autorka do takich opowieści czytelników przyzwyczaiła.
Temat - fałszywa tożsamość, stworzona dla dobra bliskiej osoby, nagle wypływa na powierzchnię i stawia pod znakiem zapytania dotychczasowe życie głównej bohaterki - pojawiał się już wcześniej. Picoult niczego nowego w tej kwestii nie wprowadza. I jak to ona - nie daje żadnych odpowiedzi, nie ocenia.
Miranda Beverly - Whittemore "Efekty świetlne"
I znowu fałszywa tożsamość, stworzona na potrzeby teraźniejszości. Przeszłość, która nieoczekiwanie mąci ustabilizowane życie Myli. Życie "przed " wkracza do życia "po" i zmusza bohaterkę do powrotu w rodzinne strony i do przywołania obrazów z przeszłości. Myla i jej zmarła siostra, jako dzieci, uczestniczyły w sesjach zdjęciowych przyjaciółki rodziny. Fotografka pstrykała dziewczynkom akty i pół-akty, które wówczas nie wzbudzały zbytniego zainteresowania, ale po latach uznane zostały za dziecięcą pornografię. Cały czas zadaję sobie pytanie: czy słusznie? Czytając tę książkę, nie odniosłam takiego wrażenia, nie oburzałam się, nie emocjonowałam. Pozostałam obojętna wobec historii, opisanej w "Efektach świetlnych".
Minette Walters "Echo"
Thriller psychologiczny. Ani thriller, ani psychologiczny. Nawet nie wiem, czemu doczytałam do końca. W żadnym punkcie tej opowieści nie poczułam zainteresowania losem bohaterów. Wszystko tu jest dwuznaczne, co mogłoby być ciekawe, ale autorka "nie wchodzi" w tę dwuznaczność do końca, przez co historia powszednieje i wydaje się powierzchowna. A szkoda...
Ten post to pasmo literackich rozczarowań i naprawdę nad tym ubolewam. Czasu na czytanie mam teraz wiele i powinnam go maksymalnie wykorzystać (jeszcze miesiąc), ale patrzę na półki z książkami zniechęcona i nie wiem, za co się złapać.
Jodi Picoult "Zagubiona przeszłość"
To druga, po "Świadectwie prawdy", książka Picoult, po którą sięgnęłam. Czyta się szybko, płynnie, ale bez fajerwerków. Sama historia życiowa i przejmująca, ale to akurat nie dziwi, bo autorka do takich opowieści czytelników przyzwyczaiła.
Temat - fałszywa tożsamość, stworzona dla dobra bliskiej osoby, nagle wypływa na powierzchnię i stawia pod znakiem zapytania dotychczasowe życie głównej bohaterki - pojawiał się już wcześniej. Picoult niczego nowego w tej kwestii nie wprowadza. I jak to ona - nie daje żadnych odpowiedzi, nie ocenia.
Miranda Beverly - Whittemore "Efekty świetlne"
I znowu fałszywa tożsamość, stworzona na potrzeby teraźniejszości. Przeszłość, która nieoczekiwanie mąci ustabilizowane życie Myli. Życie "przed " wkracza do życia "po" i zmusza bohaterkę do powrotu w rodzinne strony i do przywołania obrazów z przeszłości. Myla i jej zmarła siostra, jako dzieci, uczestniczyły w sesjach zdjęciowych przyjaciółki rodziny. Fotografka pstrykała dziewczynkom akty i pół-akty, które wówczas nie wzbudzały zbytniego zainteresowania, ale po latach uznane zostały za dziecięcą pornografię. Cały czas zadaję sobie pytanie: czy słusznie? Czytając tę książkę, nie odniosłam takiego wrażenia, nie oburzałam się, nie emocjonowałam. Pozostałam obojętna wobec historii, opisanej w "Efektach świetlnych".
Minette Walters "Echo"
Thriller psychologiczny. Ani thriller, ani psychologiczny. Nawet nie wiem, czemu doczytałam do końca. W żadnym punkcie tej opowieści nie poczułam zainteresowania losem bohaterów. Wszystko tu jest dwuznaczne, co mogłoby być ciekawe, ale autorka "nie wchodzi" w tę dwuznaczność do końca, przez co historia powszednieje i wydaje się powierzchowna. A szkoda...
Ten post to pasmo literackich rozczarowań i naprawdę nad tym ubolewam. Czasu na czytanie mam teraz wiele i powinnam go maksymalnie wykorzystać (jeszcze miesiąc), ale patrzę na półki z książkami zniechęcona i nie wiem, za co się złapać.
wtorek, 29 czerwca 2010
Oglądam częściej niż czytam...
Film Futro: portret wyobrażony Diane Arbus Stevena Shainberga pokazuje, że Diane Arbus - fotografka narodziła się z niespełnienia. Kobieta znudzona życiem rodzinnym, bliska depresji asystentka męża - twórcy nudnych i sztywnych zdjęć, zaczyna odkrywać siebie. Wychodzi z cienia, ale jej zainteresowania nie mają nic wspólnego z poukładaną wizją studia fotografii rodzinnej Arbusów.
Impulsem zmian jest dla Diane nowy sąsiad. Przerażona i zafascynowana Lionelem odkrywa swoje głębokie pragnienia. Zawiesza na szyi aparat i wyrusza na spotkanie nowej Diane...
Film jest tak naprawdę historią prawdziwej miłości, a nie biografią. Tytuł sugeruje fikcyjność opowieści i może ten portret wyobrażony sprawia, że obraz magnetyzuje, a trudne uczucie między bohaterami wydaje się tak niezwykłe.
Doskonałe kreacje Nicole Kidman i Roberta Downey'a Jr. w połączeniu z ciekawą i oryginalną historią tworzą kino niebanalne.
Natomiast Genua. Włoskie lato Michaela Winterbottoma jakoś mnie nie przekonał. Rodzinna tragedia wymusza na ojcu dwóch dorastających córek zmiany. Postanawia wyjechać na rok do Włoch, pooddychać innym niż amerykańskie powietrzem, wyrwać córki z domu pełnego wspomnień. Trafiają do Genui, gdzie zaczyna się właśnie piękne i słoneczne lato. Starsza córka szybko odnajduje się w nowym otoczeniu, przeżywa pierwsze zauroczenia i wygrzewa się na włoskiej plaży. Młodszą nadal budzą w nocy koszmary, ale za dnia wszystko wydaje się być ok. Ojciec wykłada na uniwersytecie i nawiązuje nowe znajomości.
Niby ciekawie, niby fajnie, ale nudno. Wszystko odbywa się w pięknej scenerii malowniczych uliczek Genui, które dla mnie były nieco klaustrofobiczne. Film przypomina monotonny dokument, opowiedziany bez emocji i żaru, którego wiele leje się z nieba. Może to celowy zabieg, ukazujący kontrast między tym, co na zewnątrz a tym, co w sercach bohaterów? Tylko dlaczego ci bohaterowie są tak mało przekonujący?
Impulsem zmian jest dla Diane nowy sąsiad. Przerażona i zafascynowana Lionelem odkrywa swoje głębokie pragnienia. Zawiesza na szyi aparat i wyrusza na spotkanie nowej Diane...
Film jest tak naprawdę historią prawdziwej miłości, a nie biografią. Tytuł sugeruje fikcyjność opowieści i może ten portret wyobrażony sprawia, że obraz magnetyzuje, a trudne uczucie między bohaterami wydaje się tak niezwykłe.
Doskonałe kreacje Nicole Kidman i Roberta Downey'a Jr. w połączeniu z ciekawą i oryginalną historią tworzą kino niebanalne.
Natomiast Genua. Włoskie lato Michaela Winterbottoma jakoś mnie nie przekonał. Rodzinna tragedia wymusza na ojcu dwóch dorastających córek zmiany. Postanawia wyjechać na rok do Włoch, pooddychać innym niż amerykańskie powietrzem, wyrwać córki z domu pełnego wspomnień. Trafiają do Genui, gdzie zaczyna się właśnie piękne i słoneczne lato. Starsza córka szybko odnajduje się w nowym otoczeniu, przeżywa pierwsze zauroczenia i wygrzewa się na włoskiej plaży. Młodszą nadal budzą w nocy koszmary, ale za dnia wszystko wydaje się być ok. Ojciec wykłada na uniwersytecie i nawiązuje nowe znajomości.
Niby ciekawie, niby fajnie, ale nudno. Wszystko odbywa się w pięknej scenerii malowniczych uliczek Genui, które dla mnie były nieco klaustrofobiczne. Film przypomina monotonny dokument, opowiedziany bez emocji i żaru, którego wiele leje się z nieba. Może to celowy zabieg, ukazujący kontrast między tym, co na zewnątrz a tym, co w sercach bohaterów? Tylko dlaczego ci bohaterowie są tak mało przekonujący?
czwartek, 20 maja 2010
Dan Brown "Zaginiony symbol"
Czytadło. Słabsze od "Kodu Leonarda da Vinci" i od "Aniołów i demonów" (wymieniam dwie pozycje, które czytałam z zainteresowaniem). Brown w "Zaginionym symbolu" przesadza z przypominaniem czytelnikowi pewnych wątków, które pojawiły się wcześniej (a nie są to jakieś ciężkie wynurzenia, których człowiek obeznany ze słowem pisanym nie byłby w stanie spamiętać).
Dan Brown jest pisarzem schematycznym, trzyma się pewnego pomysłu na literaturę i generalnie nie jest to złe i naprawdę potrafi wciągnąć. Jednak w "Zaginionym symbolu" staje się kiepskim rzemieślnikiem, traci formę. Przewidywalna w odbiorze powieść nie może być dobrą powieścią.
Poza tym cudowne ocalenia bohaterów, ich nadludzka niezłomność w pokonywaniu kolejnych przeszkód oraz próby wyjaśnienia przez autora tych niezwykłych wydarzeń nie są przekonywujące. Mnie wręcz śmieszyły.
3/6
Dan Brown jest pisarzem schematycznym, trzyma się pewnego pomysłu na literaturę i generalnie nie jest to złe i naprawdę potrafi wciągnąć. Jednak w "Zaginionym symbolu" staje się kiepskim rzemieślnikiem, traci formę. Przewidywalna w odbiorze powieść nie może być dobrą powieścią.
Poza tym cudowne ocalenia bohaterów, ich nadludzka niezłomność w pokonywaniu kolejnych przeszkód oraz próby wyjaśnienia przez autora tych niezwykłych wydarzeń nie są przekonywujące. Mnie wręcz śmieszyły.
3/6
piątek, 14 maja 2010
Jeanette Walls "Szklany zamek"
Czytałam "Szklany zamek" z niesmakiem. Kupując tę książkę, liczyłam na fajną historię o życiu hipisów, którzy prowadzą życie nomadów i wychowują swoje dzieci w duchu wolności (cokolwiek to znaczy:)). Tymczasem z kart tej autobiograficznej powieści wyłania się dwójka niemądrych "dorosłych", stanowiących zagrożenie dla czwórki potomstwa. Do Rose Mary i Rexa Wallsów w ogóle nie pasują określenia: "ekscentryczni", "ciekawi", "oryginalni" - bardziej "głupi", "nieodpowiedzialni", "egoistyczni", by nie powiedzieć "patologiczni".
Na okładce książki czytam: (...) pokazali swoim dzieciom, czym jest wolność i tolerancja - śmieszne to i nieprawdziwe. Pokazali raczej, czym jest głód, smród i ogólne zaniedbanie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie musieli tak żyć. Jednak wybory rodziców nie uwzględniały potrzeb dzieci, w związku z czym matka - artystka i zapijaczony ojciec z premedytacją nie zaspokajali podstawowych potrzeb swych dzieci. Jakikolwiek sprzeciw ze strony potomstwa, jakakolwiek skarga na egzystencję, która stała się ich udziałem, łamały niepisaną zasadę - (...) zawsze należało udawać, że nasze życie jest jedną wielką, radosną przygodą.
Matka miała chwile zwątpienia w tę przygodę, wykrzykując do dzieci, że to nie jej wina, że są głodne, a ona sama też nie chce tak żyć. Jednak nie wybrała lepszego życia w imię...no właśnie, w imię czego?
Żałośni rodzice i dzieci, które jakimś cudem przeżyły w tej rodzinie - taki obrazek pozostał mi w głowie po przeczytaniu tej powieści. Wiem, że niektórzy odebrali tę książkę zupełnie inaczej (czytałam kilka recenzji) i odnaleźli w historii Wallsów pozytywy - ja ich nie dostrzegłam. Nie widzę niczego złego w artystycznym życiu nomadów, w hipisowskim podejściu do codzienności, ale głupocie nie przepuszczę.
Historia mnie wkurzała straszliwie, ale jest ciekawa i dobrze napisana, dlatego warta przeczytania.
4/6
Na okładce książki czytam: (...) pokazali swoim dzieciom, czym jest wolność i tolerancja - śmieszne to i nieprawdziwe. Pokazali raczej, czym jest głód, smród i ogólne zaniedbanie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie musieli tak żyć. Jednak wybory rodziców nie uwzględniały potrzeb dzieci, w związku z czym matka - artystka i zapijaczony ojciec z premedytacją nie zaspokajali podstawowych potrzeb swych dzieci. Jakikolwiek sprzeciw ze strony potomstwa, jakakolwiek skarga na egzystencję, która stała się ich udziałem, łamały niepisaną zasadę - (...) zawsze należało udawać, że nasze życie jest jedną wielką, radosną przygodą.
Matka miała chwile zwątpienia w tę przygodę, wykrzykując do dzieci, że to nie jej wina, że są głodne, a ona sama też nie chce tak żyć. Jednak nie wybrała lepszego życia w imię...no właśnie, w imię czego?
Żałośni rodzice i dzieci, które jakimś cudem przeżyły w tej rodzinie - taki obrazek pozostał mi w głowie po przeczytaniu tej powieści. Wiem, że niektórzy odebrali tę książkę zupełnie inaczej (czytałam kilka recenzji) i odnaleźli w historii Wallsów pozytywy - ja ich nie dostrzegłam. Nie widzę niczego złego w artystycznym życiu nomadów, w hipisowskim podejściu do codzienności, ale głupocie nie przepuszczę.
Historia mnie wkurzała straszliwie, ale jest ciekawa i dobrze napisana, dlatego warta przeczytania.
4/6
wtorek, 27 kwietnia 2010
Powroty...
Zniknęłam, nie da się ukryć. I mam, i nie mam wytłumaczenia. Prawie nie czytałam, więc nie miałam o czym pisać. Od stycznia było tak, że szłam do pracy, wracałam, krzątałam się po domu, a wieczorem zasypiałam, nawet nie myśląc o lekturze. W styczniu odkryłam, że jestem w ciąży i mimo, że Maluszek na razie nie zabiera czasu, to jakoś nie miałam ochoty na czytanie. Teraz wszystko się unormowało, senność odeszła, a w stronę półek z książkami zerkam coraz częściej. Jest więc szansa na to, że i z blogiem się przeproszę - przynajmniej do momentu rozwiązania, bo później może być różnie. Wiem, jak jest, bo po domu biega siedmiolatka, która kiedyś też była niemowlakiem:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)