poniedziałek, 19 października 2015
Simona, kobieta niezwykła.
Simona. Opowieść o niezwyczajnym życiu Simony Kossak
Wydawnictwo Literackie, 2015
Tak się złożyło, że przez dłuższy czas nie sięgałam po biografie i zapomniałam jak bardzo lubię je czytać. Zazwyczaj, w przeszłości, wybierałam opowieści o ludziach, których nazwisko nie jest mi obce, o których mogę opowiedzieć, ponieważ lubię ich twórczość czy są kimś na tyle kontrowersyjnym, że nie sposób nie wiedzieć o ich istnieniu. Do biografii Simony Kossak przyciągnęła mnie okładka książki. Fotografia kobiety, całującej kruka (który, jak się w trakcie lektury przekonałam, odegrał istotną rolę w życiu tytułowej bohaterki), trzymającej w dłoni analogowy aparat fotograficzny, jest cudna. O samej Simonie nigdy nie słyszałam, nie wiedziałam, kim była, czym się w życiu zajmowała i dlaczego jej życie było niezwyczajne. Nazwisko wywołało jednoznaczne skojarzenie i słusznie, ponieważ Simona pochodziła z tych Kossaków, ale jej życiowe wybory miały niewiele wspólnego ze ścieżkami, którymi kroczyli jej przodkowie. Nie została malarką, bo brakowało jej talentu. Czasami myślała o pisaniu (jej ciotkami były Maria Pawlikowska - Jasnorzewska i Magdalena Samozwaniec), ale wolała czytać książki. Później, jako doktor nauk leśnych, będzie publikowała teksty, wyda książki, ale twórczość Simony niewiele ma wspólnego z poezją.
Simona była dzieckiem niechcianym, ponieważ miała czelność urodzić się dziewczynką. Dzieciństwo w krakowskim domu, zwanym Kossakówką, upłynęło dziewczynce pod znakiem zakazów i nakazów. Simona do końca życia nienawidziła tego miejsca, z którym wiązały się przykre wspomnienia. Wiedziała, że po studiach w Krakowie, nie wróci już do Kossakówki. Jedynym pozytywnym aspektem w domu rodzinnym była obecność zwierząt, które Simona kochała nad życie. Wśród zwierząt czuła się najlepiej, z ludźmi nie mogła znaleźć wspólnego języka.
W czasie studiów Simona nie była odludkiem, czynnie działała w organizacjach studenckich, bawiła się w czasie Juwenaliów.
Jako biolog, zainteresowany zootechniką i zafascynowany światem zwierząt, wyruszyła pod koniec studiów w poszukiwaniu pracy na rekonesans w Bieszczady. Usłyszała, że dzicz nie jest dla kobiet. Kobiety się tutaj nie odnajdują. Boją się same pójść do lasu. Boją się samotnie mieszkać. Poza tym kobiety rodzą dzieci. Człowiek, który wypowiedział te słowa, miał ograniczone horyzonty myślowe i widocznie nie spotkał w swym życiu kobiety podobnej do Simony. Kobiety, która się nie poddała i znalazła swoje miejsce na ziemi w Białowieży, gdzie spędziła resztę życia. Samotnie przemierzała puszczę, badając życie zwierząt. Na Dziedzince, bo tak nazywała się leśniczówka, w której Simona zamieszkała, nie było prądu, wanny, lodówki, ale był spokój, zwierzęta, książki. I Lech Wilczek, fotograf, który żył z Simoną, ale nie był to związek oczywisty. Mieszkali na Dziedzince trzydzieści pięć lat, ale czy byli razem? Oboje najbardziej cenili sobie wolność, nie definiowali tego, co ich łączy. Lubili być razem, kochali Białowieżę, dobrze czuli się w lesie.
Simona Kossak od zwierząt otrzymała to, czego nigdy nie dostała od ludzi. Całe życie walczyła o to, by jej praca coś znaczyła. Prowadziła w radiu Białystok audycję o zwyczajach seksualnych zwierząt, dlatego na Podlasiu jest legendą. Żyła skromnie, choć skromna nie była. Chciała się wciąż rozwijać, uczyć nowych rzeczy. Nie była osobą towarzyską, na Dziedzince rzadko pojawiali się goście. Zresztą mało kto zniósłby pobyt w zatęchłej, przesiąkniętej zapachem zwierząt, leśniczówce. Jedna z kobiet, która bywała na Dziedzince, wspomina: Jak spałam u Simony, ciągle coś po mnie latało: a to myszy, a to szczury, a to popielice. Na podłodze leżał dzik, a na fotelu sofa kłapała dziobem. Ktoś nerwowy ze strachu chybaby tam umarł.
Biografia Simony Kossak opowiada o życiu pełnym pasji, więc opowieść Anny Kamińskiej nie mogła być słaba. Czyta się cudnie.
sobota, 15 września 2012
Elizabeth Gilbert "Ostatni taki Amerykanin".
Nie żałuję. Gilbert stworzyła biografię nieprzeciętnego człowieka, którego niekoniecznie polubiłam i niekoniecznie chciałabym się z Eustace'em związać, ale zaimponowała mi jego postawa wobec życia.
Pierwsze rozdziały książki przypominają inną opowieść, która zauroczyła mnie kilka lat temu. Mam na myśli życie Chrisa McCandless'a, którego historię opisał Jon Krakauer w książce Wszystko za życie, a później sfilmował ją Sean Penn. Odważny, pełen pasji, zafascynowany przyrodą, zniesmaczony cywilizacją Chris wyrusza na samotną wędrówkę, by poczuć, czym jest wolność. Nie interesują go dobra materialne, ale to, co otrzymuje od natury. Jednak Alex (bo takie imię przybiera wolny duch Chrisa) zapomina, że natura ma dwa oblicza i to drugie okazuje się dla niego śmiertelnie niebezpieczne.
Eustace Conway wydaje się bardziej przygotowany do życia na wolności. Opuszcza rodzinny dom nie tylko dlatego, że ma dość otaczającej go rzeczywistości (a szczególnie despotycznego ojca), ale przede wszystkim dlatego, że chce stworzyć własną osadę, niezależną od dóbr cywilizacji. Marzy o miejscu, w którym ludzie wracają do swych korzeni, wsłuchują się w instynkty, ciężko pracują, poddają się prawom natury...Utopia? W pewnym stopniu na pewno, ale Conway realizuje swoje plany stopniowo i udaje mu się stworzyć Żółwią Wyspę, która staje się swego rodzaju komuną, do której chętnie przyłączają się młodzi ludzie, podobnie jak Eustace, znudzeni i zniesmaczeni współczesną kulturą. Tyle tylko, że sam założyciel tego idyllicznego miejsca, jest człowiekiem trudnym i wymagającym, a większość praktykantów, wychowanych jednak "po nowemu", nie jest w stanie sprostać jego oczekiwaniom.
Ostatni taki Amerykanin to bardzo wnikliwa i ciekawa opowieść o pionierze, nomadzie, rewolucjoniście. Eustace tym różni się od Chrisa, że chce zmienić świat. Jego największym pragnieniem (obok chęci posiadania żony i trzynaściorga dzieci - cały czas nad tym pracuje) jest doprowadzenie do tego, by cała Ameryka stała się Żółwią Wyspą. Czasami Eustace zmienia się w przedsiębiorcę, biznesmena, który całymi dniami odbiera ważne telefony, a zdarza się, że nie sypia w swoim tipi miesiącami, bo odwiedza różne stany ze swymi prelekcjami. Chris natomiast zmieniał własne życie, skupił się na sobie i najbliższym mu otoczeniu. Pewnie, że chciał zmienić świat, ale z góry założył, że to utopijne marzenie i wystarczyło mu, że sam wybrał inną drogę i odciął się od tego, czego nie mógł zaakceptować.
Elizabeth Gilbert dotarła do wielu interesujących informacji na temat bohatera swej biografii, a dzięki temu, jak o tym pisze, czyta się ten dokument jak dobrą powieść. Autorka zna swego bohatera osobiście i z tekstu wielokrotnie wynika, że bardzo lubi i podziwia Eustace'a.
Ja mam względem Conway'a mieszane uczucia. Jego idee są wzniosłe, piękne i słuszne, ale jednocześnie trochę przeraża mnie radykalizm Amerykanina. To niewątpliwie mądry i interesujący mężczyzna, ale bardzo konserwatywny, despotyczny i wymagający. Z książki wynika, że żadnemu z ludzi, których spotykał na swojej drodze, nie udało się sprostać jego potrzebom. Mimo, że Eustace jest atrakcyjnym mężczyzną i kobiety do niego lgną, to jego marzenie o żonie i gromadce dzieci może pozostać marzeniem, bo żadnej z ukochanych kobiet nie zdołał przy sobie zatrzymać.
Książka ciekawa, warta przeczytania. Książka, która daje do myślenia, bo choć większości z nas nie zależy na życiu w lesie i korzystaniu tylko z pracy własnych rąk, to wiele w biografii wątków, skłaniających do refleksji.
sobota, 29 października 2011
Nepalska droga ku miłości.
Dziennik opisuje walkę Holenderki o to, by mogła zostać adopcyjną matką czteroletniej Kumari. Biurokratyczny spacer od ministra do ministra w tle. Na pierwszym planie przygniatająca bieda Nepalczyków.
To szczera opowieść o tym, jak faktycznie wygląda życie przeciętnego Nepalczyka (podejrzewam, że niewiele się zmieniło od czasu, gdy Trees przebywała u podnóża Himalajów). Relacja nie z perspektywy turysty, ale okiem i duszą kobiety, która mieszkała wśród tubylców kilkanaście miesięcy.
Piękna i budująca historia o przekraczaniu granic - tych wewnętrznych i, niestety, również zewnętrznych - po to, by zatriumfowała miłość.
Po powrocie z Nepalu Trees założyła w Holandii Fundację "Tamsarya", która sponsorowała kilkoro nepalskich dzieci. Jednak po kilku latach Holenderka sprzedała dom w Amsterdamie, by kupić ziemię w Nepalu. Na tej ziemi postawiła dom i szkołę dla sierot. To nie wszystko. Trees z czasem wybudowała kolejne szkoły i ośrodek zdrowia, z którego korzysta rocznie kilka tysięcy pacjentów.
Życie tej kobiety ma sens. Jestem o tym przekonana.
Trees van Rijsewijk, Kumari. Moja córka z Nepalu, Wydawnictwo Ruta 2002, s.271
sobota, 1 października 2011
Jamie rewolucjonista
To tylko pośrednio biografia Jamiego Olivera.
To książka o jedzeniu.
To historia młodego kucharza - rewolucjonisty.
Nakreślona piórem Gilly Smith biografia przedstawia sympatycznego, pełnego pasji i determinacji, chłopaka ze wsi, który od zawsze interesował się jedzeniem. Nie byle jakim jedzeniem. I właśnie o dobrym, zdrowym, ekologicznym jedzeniu jest ta książka. I o tym, że trzeba zatrute fast foodami społeczeństwo edukować. Jesteśmy tym, co jemy. Tak brzmi myśl przewodnia całej książki, która propaguje slow food (modne dziś hasło), przygotowywanie posiłków w domu i spożywanie ich w gronie rodzinnym. Zdecydowanie neguje wszelkie gotowce i bary szybkiej obsługi.
Dużo miejsca Smith poświęca rewolucji na szkolnych stołówkach, w którą Jamie zaangażował się całym sercem. Zresztą, wszystkiemu bardzo się poświęca, czasami kosztem własnej rodziny, czego nie omieszkają mu wygarnąć "życzliwi". Nie uniknie tego, jest przecież osobą medialną.
Nie wiedziałam, że Jamie cieszy się tak wielką popularnością. W Polsce znamy to nazwisko, kupujemy książki kucharskie Olivera, chwalimy chłopaka, ale są miejsca, gdzie popularność Jamiego jest ogromna, a on sam stał się kulinarnym guru.
Jamie Oliver ma w sobie dużo luzu, jest chłopakiem z sąsiedztwa, który świetnie gotuje i pomaga zaistnieć młodym ludziom, którzy nie mieli tyle szczęścia, co on.
Książka do pewnego momentu średnio mnie interesowała. Miałam podobne odczucia, jak podczas lektury biografii Nigelli Lawson tej samej autorki. Jednak rozdziały na temat stosunku ludzi do jedzenia okazały się całkiem ciekawe, mimo iż wiele w nich powtórzeń i pisania na różne sposoby o tym samym.
Nie podoba mi się styl Gilly Smith i jej podejście do bohaterów swoich biografii. Warto jednak poczytać o rewolucji kulinarnej, przeprowadzonej przez Jamiego Olivera, by zastanowić się nad tym, czym karmimy własne ciało i ciała naszych najbliższych.
Gilly Smith, Jamie Oliver. Człowiek - jedzenie - rewolucja, Vesper 2010, s.344
wtorek, 19 lipca 2011
Cejrowski (nie)odkryty.
Trochę Cejrowskiego lubię, trochę nie, choć pan Wojciech nie wybaczyłby mi letnich uczuć. Mądrości mu nie brakuje, pewności siebie również, ale radykalność poglądów, które wszem i wobec rozgłasza niekiedy drażni.
Lubię, gdy Cejrowski staje się gringo wśród dzikich plemion, gdy opowiada o dżungli, zachwyca się prostotą życia mieszkańców Amazonii, przeciwstawiając jej zbytki cywilizacji białego człowieka. Ten Cejrowski jest zabawny, spostrzegawczy, otwarty.
Czasami jednak podróżnik przemienia się w fanatycznego kaznodzieję, który odpycha brakiem tolerancji wobec inności. Wówczas doznaję schizofrenicznego wrażenia, że jeden człowiek hoduje w sobie dwie osobowości. Nie wiem, jak traktować tego pana.
Bohater biografii Brzozowicza nie życzył sobie tej książki. Podobno... Dlaczego jednak tak często miałam wrażenie, że Cejrowski "maczał w niej palce"?
Jeśli ktoś liczy na ekscytujące fakty z życia WC, to się przeliczy. Cejrowski był, jaki jest, od czasów szkolnych. Świetnie sobie radził w każdym momencie życia. Był przedsiębiorczy, wyszczekany, myślący. Przodków miał ciekawych i też zaradnych.
To jest bardzo poprawna biografia. Momentami nudnawa.
Nieszczególnie mnie się podobała, ale może spodziewałam się przeczytać biografię podróżnika, a nie kombinatora (w dobrym znaczeniu tego słowa), który od maleńkości niemal wiedział, jak zarabiać pieniądze, a materialna strona życia nigdy nie była mu obca. Dopiero jak przeczytałam książkę Brzozowicza, uświadomiłam sobie, jak często Wojciech Cejrowski w swoich programach z cyklu "Boso..." porusza kwestię pieniędzy. A przecież w dżungli amazońskiej papierki i monety nie wydają się istotne...
Cejrowski strzeże swej prywatności jak lew, co się chwali, ale, niestety, traci na tym biografia Brzozowicza.
sobota, 19 marca 2011
Obrazów się nie zapomina. To sekret fotografii.
W powieści Susany Fortes odnaleźć można bogactwo emocji i odczuć. Tęsknota, odwaga, samotność, strach, ból, miłość, namiętność, pasja, ciekawość, pożądanie...
To zbeletryzowana biografia dwójki świetnych fotoreporterów, których łączyło mocne i piękne uczucie oraz fotografia. Robert Capa (pseudonim wymyślony na potrzeby pracy) i Gerda Taro (właściwie Gerta Pohorylle). Węgier i polska Żydówka. Poznali się, gdy On już fotografował, a Ona nie wiedziała jeszcze, że aparat fotograficzny stanie się przedłużeniem jej dłoni. Pokochali się, choć od początku była to miłość trudna. Razem wyjechali do Hiszpanii, gdzie na tle okrutnej wojny domowej realizowali swą pasję. Robert zrobił zdjęcie, które rozczłonkowało mu duszę*, ale Śmierć republikańskiego żołnierza stała się najlepszą wojenną fotografią wszech czasów. Okoliczności powstania tego obrazu były tak tragiczne, że Capa nie mógł sobie poradzić z własnymi uczuciami.
Robert i Gerda. Tych dwoje musiało się spotkać.
Susana Fortes napisała doskonałą biografię ludzi, którzy mieli w życiu pasję i ją realizowali bez względu na okoliczności. Przekraczali granice strachu i bezsilności. Ryzykowali.
Pisarka stworzyła piękną książkę. W każdym zdaniu tej biografii czuć miłość autorki do jej bohaterów. Fortes jest zafascynowana historią, którą opisuje. Dzięki temu nie sposób się od książki oderwać.
I jeszcze zdanie, które zagnieździło się w mojej głowie:
Przez szczeliny paradoksu można czasem dostrzec unerwioną tkankę życia**.
*Susana Fortes, Czekając na Roberta Capę, Warszawa 2010, s.163
**Tamże, s.170
niedziela, 13 marca 2011
Smak życia
Tytuł: Nigella Lawson kulinarna bogini
Rok pierwszego wydania: 2010
Ocena: 3/6
No cóż...
Spodziewałam się dobrze doprawionej biografii. Miałam nadzieję na smakowicie podane danie, przemyślane, napisane z tą samą pasją i lekkością, z jaką Nigella Lawson gotuje. Widać, Nigella jest tylko jedna...:)
Gilly Smith spisała fakty z życia Angielki w sposób poprawny, ale nie porywający. Jakby bohaterka pisanej przez nią biografii mało autorkę interesowała. Z historii wyłania się zakompleksiona, introwertyczna Nigella, żyjąca w cieniu pięknej, doskonałej matki, a później kulinarna bogini, która nie od razu wiedziała, z której strony ugryźć własną popularność. Pisanie felietonów o tematyce kulinarnej i prowadzenie własnego programu telewizyjnego to dwie różne sprawy. Praca w gazecie nie wymagała od nieco nieśmiałej Nigelli "wyjścia do ludzi", a szklany ekran domagał się bywania. Angielka stała się celebrytką najpierw wśród rodaków, później w Ameryce, gdzie tchnęła w znudzone Marthą Stewart społeczeństwo nieco spontaniczności.
Przy tych wszystkich niewątpliwych sukcesach zdarzały się, oczywiście, głosy krytyczne i bolesne. Nigdy nie jest tak, że wszystkich to samo zachwyca. Nigella jednak robiła to, co kocha. Bawiła się kuchnią, kusiła smakami i kolorami, improwizowała.
Smith wielokrotnie podkreśla, że autorem sukcesu Nigelli był jej, zmarły w 2001 roku, mąż John Diamond. Ona sama, zbyt onieśmielona i zamknięta w sobie dziewczyna, nie wylansowałaby takiej Nigelli, którą znamy. Zresztą, kto wie...
Życie Nigelli Lawson, naznaczone śmiercią matki, siostry, męża, nie było usłane różami, choć nie brakowało jej miłości, talentu, pieniędzy. Niemniej jednak odnalazła szczęście u boku nowego mężczyzny i udało jej się, mimo popularności własnej i drugiego męża, stworzyć miejsce, w którym to, co popularne zostaje za drzwiami, a sercem domu jest kuchnia.
Nie wiem, jak reagujecie na Nigellę, ale mnie samo patrzenie na tę kobietę sprawia przyjemność. Piękna Angielka (co, podobno, rzadkie:)), która z gotowania uczyniła zabawę. Ciepła, zwyczajnie niezwyczajna, mądra...
Taka Nigella wyłania się z biografii Gilly Smith. Szkoda tylko, że tak mało w tym tekście pasji, zainteresowania drugą osobą, zdań odautorskich. To książka, zbudowana z cytatów - wycinki z gazet,wypowiedzi Nigelli i jej przyjaciół, opinie krytyków, a gdzieś pomiędzy suche wtrącenia autora.
poniedziałek, 21 lutego 2011
Piękno przeklęte (Rei Kimura "Motyl na wietrze")
Tytuł: Motyl na wietrze
Ojciec miał rację - lepiej urodzić się pospolitą i prostą, takiej nikt nie zechce wytrącać z jej nieciekawego życia.
W tym jednym zdaniu, wypowiedzianym przez ojca głównej bohaterki, autorka zawarła całą tragedię losu Okichi. Uroda dziewczyny okazała się bowiem jej przekleństwem. Być może w innym kraju i w innej epoce piękno Japonki zostałoby docenione w odpowiedni sposób, ale w 1841 roku, gdy na świat przychodziła Okichi, Kraj Kwitnącej Wiśni był konserwatywnym i bezlitosnym dla kobiet miejscem.
Spokój Shimoda - maleńkiego miasteczka w Japonii - zostaje zakłócony przez "amerykańskie diabły". Mieszkańcy są przerażeni, ale z czasem dostosowują się do nowych warunków życia. Okichi ma piętnaście lat i właśnie planuje swój ślub. Jest szczęśliwie zakochana w Tsurumatsu, przyjaźni się z Naoko, uwielbia swoje życie. Sielanka zostaje przerwana, gdy do domu jej rodziców przybywają pracownicy amerykańskiego konsula. Okichi spodobała się ich pracodawcy, który życzy sobie, by dziewczyna została jego konkubiną. "Życzy sobie" to delikatnie powiedziane. Okichi nie ma nic do powiedzenia, nawet jej rodzice nie mogą w żaden sposób zakwestionować decyzji konsula. Życie młodziutkiej Japonki wali się jak domek z kart i od tej chwili sypać się będzie nieustannie...
Rei Kimura spisała dzieje Okichi, by zwrócić uwagę na tragedię jej losu, przybliżyć kulturę ówczesnej Japonii. Chciała pokazać, że tragiczne życie dziewczyny miało sens. Okichi była konkubiną konsula przez pięć lat i przyczyniła się do wynegocjowania korzystnych warunków traktatu między Ameryką i Japonią. Dziś można odwiedzić muzeum, poświęcone jej pamięci, mimo iż za życia była opluwana i upokarzana na każdym kroku.Pocieszycielką w dramacie codzienności stała się dla niej sake, sprzymierzeńcem - morze.
Nie jestem w stanie zrozumieć wyborów głównej bohaterki. Na konkubinat wpływu nie miała, ale późniejsze decyzje podejmowała sama. Po co wróciła do Shimoda, skoro wiedziała, że wszystkie drzwi będą się przed nią zamykały, a mieszkańcy odwrócą wzrok, bojąc się jakiegokolwiek kontaktu ze zdrajcą? Dlaczego wybrała rodzinne miasteczko, skoro jej rodzina i ukochany Tsurumatsu je opuścili? Co chciała udowodnić? Widzę w tym pewien rys masochizmu. Myślę, że nie wynika to z mojej słabej znajomości japońskich obyczajów ani z tego, że zostałam wychowana w kulturze europejskiej. Uważam, że życie Okichi wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby odizolowała się od przeszłości i swój salon fryzjerski otworzyła tam, gdzie pamięć nie deptałaby jej po piętach. Nie sposób całkowicie odgrodzić się od tego, co było, ale wybory kobiety świadczyły dobitnie o jej skłonnościach autodestrukcyjnych.
Wiem, że oceniam tutaj życie bohaterki, a nie książkę. Pewnie dlatego, że Okichi najzwyczajniej w świecie mnie wkurzała. Sama historia spisana jest w sposób poprawny, nie porywający, ale postawa Okichi może być podstawą gorących dyskusji.
3+/6
niedziela, 23 stycznia 2011
Dobrocią zbudujesz...(Ani Choying Drolma "Tybetańska mniszka. Chcę wyśpiewać wolność")
Ani, naznaczona trudnym dzieciństwem, pełnym razów i surowych rządów ojca, jako trzynastolatka trafiła do klasztoru. Czas w nim spędzony okazał się wybawieniem od brutalności i alkoholizmu taty, od pokornej postawy matki, od narzucanych małej dziewczynce prac domowych, które często okazywały się ponad jej siły. W klasztorze odnalazła spokój, wyzbyła się strachu, zaprzyjaźniła się z duchowym mistrzem. Nie była jednak stereotypową mniszką. Mając w sercu wiele dobra i miłości, starała się wyciszyć, ale niepokorna dusza była integralną częścią temperamentu Ani. Na początku dziewczynka wyrzucała sobie ten pęd ku światu, ale w końcu zrozumiała, że to dzięki niemu zaczęła zdobywać pieniądze, tak bardzo potrzebne do zrealizowania marzeń. Największym pragnieniem Ani było założenie szkoły dla mniszek - dziewczyn, które pochodzą z biednych rodzin i często, podobnie jak ona sama, uciekają przed przemocą w rodzinie. Edukacja kobiet w Tybecie stoi na bardzo niskim poziomie, dostęp do nauki mają tylko mężczyźni. Tybetanka ma zajmować się gospodarstwem domowym, więc wykształcenie jest kobietom zbędne.
Przypadek sprawił, że stała się artystką, a jej talent został doceniony. Dzięki temu spełniła marzenia, pozostając przy tym skromną osobą. Jako mniszka, która nie żyje w ascetycznym świecie klasztoru, ale "rozbija się" po świecie, musiała znieść wiele krytyki. Jednak "co nas nie zabije, to nas wzmocni", prawda?
Do tej pory żyłam w przekonaniu, że Tybetańczycy nie mają problemu z alkoholem, nie biją swych żon i dzieci - to przecież sprzeczne z nauką Buddy. Opierałam się na stereotypach, mając przed oczami wizerunek łagodnego i promiennego Dalajlamy. Tymczasem, jak widać, każdy naród świata, niezależnie od wyznawanej religii, ma takie same słabości i wady.
4/6
piątek, 14 maja 2010
Jeanette Walls "Szklany zamek"
Na okładce książki czytam: (...) pokazali swoim dzieciom, czym jest wolność i tolerancja - śmieszne to i nieprawdziwe. Pokazali raczej, czym jest głód, smród i ogólne zaniedbanie. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie musieli tak żyć. Jednak wybory rodziców nie uwzględniały potrzeb dzieci, w związku z czym matka - artystka i zapijaczony ojciec z premedytacją nie zaspokajali podstawowych potrzeb swych dzieci. Jakikolwiek sprzeciw ze strony potomstwa, jakakolwiek skarga na egzystencję, która stała się ich udziałem, łamały niepisaną zasadę - (...) zawsze należało udawać, że nasze życie jest jedną wielką, radosną przygodą.
Matka miała chwile zwątpienia w tę przygodę, wykrzykując do dzieci, że to nie jej wina, że są głodne, a ona sama też nie chce tak żyć. Jednak nie wybrała lepszego życia w imię...no właśnie, w imię czego?
Żałośni rodzice i dzieci, które jakimś cudem przeżyły w tej rodzinie - taki obrazek pozostał mi w głowie po przeczytaniu tej powieści. Wiem, że niektórzy odebrali tę książkę zupełnie inaczej (czytałam kilka recenzji) i odnaleźli w historii Wallsów pozytywy - ja ich nie dostrzegłam. Nie widzę niczego złego w artystycznym życiu nomadów, w hipisowskim podejściu do codzienności, ale głupocie nie przepuszczę.
Historia mnie wkurzała straszliwie, ale jest ciekawa i dobrze napisana, dlatego warta przeczytania.
4/6
niedziela, 13 grudnia 2009
Fascynacje kulinarne Julie i Julii (Julie Powell "Julie i Julia")
Spędziłam ostatnio fajne chwile z pewną książką i z pewnym filmem. Sympatyczne twory współczesnej kultury, które nie dość, że zaciekawiły, to jeszcze rozśmieszyły. I nie powiem, co lepsze - książka czy film - bo nie potrafię się zdecydować.
Dwie kobiety. Dwa życia. Nie znają się, ale łączy je specyficzna więź. Kulinarna. Julia Child to świat przeszłości - wydawałoby się, że nieco sztywnej, ale Julia to żywioł, radość, śmiech, afirmacja życia. Duża i głośna smakoszka. Julie natomiast jest sfrustrowaną urzędniczką, która każdego dnia odbiera dziwne, absurdalne lub całkiem poważne telefony, dotyczące efektów zamachu na World Trade Center. Julie nie wie, co zrobić z własnym życiem, więc wyznacza sobie cel - rok gotowania, który zaowocować ma zrealizowaniem ponad pięciuset przepisów. Julie debiutuje w kuchni i swoje kulinarne perypetie opisuje na blogu, a ponieważ jej kucharzenie obfituje w zabawne niewypały, to jest fajnie i śmiesznie.
Nawet cieszę się, że w filmie tych niektórych obrzydliwości kulinarnych nie zobrazowano, bo byłoby mi ciężko patrzeć na wysysanie szpiku z martwego zwierzaka czy przygotowywanie móżdżku. W ogóle film nieco różni się od książki - bogatszy jest w szczegóły, dotyczące życia Julii Child, autorki książki z przepisami kuchni francuskiej.
Polecam z czystym sumieniem, że tak rzeknę. Lekkie, ale przyzwoite czytadło i zabawny film, który uprzyjemni ciemny i zimny wieczór.
czwartek, 10 września 2009
Ferenc Mate "Winnica w Toskanii"
Wydaje mi się, że magia Toskanii nie polega jedynie na doznaniach zmysłowych: nie chodzi tylko o jedzenie i wino, o miasteczka leżące na wzgórzach czy też efektowność ciągle zmieniającego się oświetlenia. Być może magia Toskanii polega na czymś innym, na skarbie często zapomnianym - wewnętrznym spokoju ducha (s.222).
Autor pięknie wyłapuje smaki i smaczki włoskiej prowincji, opowiadając o tym, jak tworzył swoje miejsce na ziemi. Miejsce pełne aromatów, życzliwych ludzi i urodzajnej gleby. Ferenc Mate kupił bowiem nie tylko dom, ale również przylegające do niego las, gaj oliwny i ziemię pod uprawę winorośli. I zaczął spełniać marzenia. Były wzloty i upadki, były załamania i rozpogodzenia. Jednak nigdy nie było tak źle, by nie mogło być lepiej...
Myślę, że urok Toskanii tkwi również w jej mieszkańcach. Pracują, ale tak słonecznie i leniwie. Chętnie nawiązują nowe znajomości i są otwarci na różne ekstrawagancje. Chciałabym się o tym przekonać osobiście, ale z opowieści Mate wyłania się jedna wielka rodzina, a w krwiobiegu Toskańczyków nieustannie krąży wino.
4/6
czwartek, 18 czerwca 2009
Jon Krakauer "Wszystko za życie"
Wpadłam całkowicie w literaturę podróżniczą, "obieżyświacką", "wagabundzką", odkrywczą i wielokulturową. Mmmm...UWIELBIAM i CHŁONĘ.
Żywot podróżnika samotny deczko, mimo iż pełen ludzi, spotykanych podczas wędrówki.
Kto oglądał film Seana Penna, ten wie, kim jest (a właściwie był) Chris McCandless, jak przeprogramował swoje życie i jak je zakończył. Kto nie oglądał, niech szybko nadrobi zaległości, bo to film niezwykły.
Jon Krakauer - pisarz i alpinista, autor m.in. "Wszystko za Everest" - opisał historię Chrisa, wplatając w nią elementy własnej biografii (wyprawy na Alaskę) oraz fragmenty biografii innych podróżników.
Pierwsze wrażenie, po kilku przeczytanych stronach, to rozczarowanie. Nie o to mi chodziło, nie ma klimatu filmu, który zrobił na mnie takie wrażenie. Brzmi jak reportaż w gazecie - suchy, mało interesujący. Autor podchodzi do tematu z dystansem. Szybko to wrażenie mija. I czyta się cudnie.
Film przedstawia historię wędrowca, który porzucił wszystkie wygody cywilizowanego świata i wybrał się na Alaskę w poszukiwaniu prawdziwego życia. W tym reżyser jest wierny książce. Sean Penn na tym poprzestał. Krakauer natomiast próbuje wniknąć w psychikę młodego człowieka, w jego potrzeby. Stara się odkryć przyczynę, dla której Chris wybrał życie nomady, dlaczego trafił na Alaskę i dlaczego nie walczył o życie. Przywołuje głosy krytyczne, które pojawiły się, gdy świat obiegła wiadomość o śmierci chłopaka.
O podobnych Chrisowi ludziach czytam: gdzieś się gubimy, potem wracamy i znów znikamy w diabły (...) przynajmniej starali się zrealizować swoje marzenia. To było w nich wspaniałe. Próbowali. Niewielu tak robi.
I jeszcze cytat z książki "Walden, czyli życie w lesie" Thoreau - ten fragment zakreślił Chris, a książkę znaleziono przy jego szczątkach. U góry strony napisał "prawda", ja powtórzę za nim - PRAWDA, często PRAWDA...
Dajcie mi prawdę raczej niż miłość, niż pieniądze, niż sławę. Siedziałem przy stole, suto nakrytym, gdzie było pod dostatkiem jedzenia i wina, i staranna obsługa, ale prawdy tam nie było. Odszedłem głodny od niegościnnego stołu. Atmosfera była zimna jak lód.
5.5/6
sobota, 28 marca 2009
Jarosław Mikołajewski "Sentymentalny portret Ryszarda Kapuścińskiego"
Jarosław Mikołajewski opowiada o swoim przyjacielu. Cytuje jego słowa. Pisze o pobycie Kapuścińskiego w szpitalu. O tym, że reporter był trochę niedzisiejszy. Zwiedził cały świat, a cały czas potrafił się dziwić. Będąc w szpitalu, opowiadał:
- Jarku, my żyjemy na wyspie (...) Trzeba było szpitala, żebym odzyskał słuch na Polskę, zrozumiał, czym żyją ludzie...(...) Pytam, czy ktoś ma "Gazetę Wyborczą" - patrzą na mnie jak na kosmitę. Po chwili słyszę, jak mój towarzysz niedoli beszta żonę, że nie przyniosła mu "Faktu". Drugi przez komórkę opieprza swoją, że nie doładowała mu telefonu.
- "Busz po polsku 2"?
- Kto wie, kto wie?...
4/6
poniedziałek, 12 stycznia 2009
kobiety virginii...
Wśród nich matka, ukochana siostra i przyjaciółki.
Vanessa Curtis skupia się na ukazaniu Virginii jako kobiety, która potrafiła się uśmiechnąć. Chce obalić stereotyp, ukazujący pisarkę jako smutną, pogrążoną w depresji kobietę, która popełniła samobójstwo. Zapomina się bowiem, że Virginia żyła na tym świecie pięćdziesiąt dziewięć lat i wiele przeszła.
Autorka przedstawia kobietę skrępowaną własnym wyglądem, która przez całe życie miała problemy z jedzeniem i z własną seksualnością. Kobietę spragnioną wiedzy, dysponującą ogromnym zasobem słów. Kobietę, która chciała się uczyć, ale skrępowana wiktoriańskim wychowaniem, nie mogła.
Przede wszystkim Vanessa Curtis pisze o tym, jak Virginia Woolf umiała się przyjaźnić i jaką rolę, każda z opisywanych w książce kobiet, odegrała w jej życiu.
4/6

