Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura faktu. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 października 2015

Księgarz z Kabulu.

Åsne Seierstad
Księgarz z Kabulu
W.A.B., 2013


Norweska dziennikarka przez kilka miesięcy mieszkała w domu kabulskiej rodziny księgarza Sultana Khana (personalia bohaterów na użytek książki zostały zmienione). Był rok 2001. W Nowym Jorku dokonano zamachu na wieże World Trade Center. W Afganistanie zakończył się reżim talibów.

Zafascynowana księgarzem Seierstad mogła obserwować z bliska życie domowników, słuchać opowieści o kraju, którego kultura jest tak odmienna od tej, w której autorka się wychowała.
To jest książka, którą bardzo dobrze się czyta (ukłon w stronę Seierstad), ale jednocześnie historie w niej zamknięte wzbudzają tyle emocji (głównie negatywnych), że człowiek po lekturze czuje się zmaltretowany. Momentami miałam ochotę rzucić tą książką o ścianę ze złości, z bezradności, z nadmiaru cierpienia.

Człowiek żyje sobie z dnia na dzień. Jakby nie było, w dobrobycie. Niby ma świadomość, że gdzieś na świecie dzieje się źle, że jest tak, jak być nie powinno. Jednak wiedza większości jest ograniczona. Muzułmanki w swoim kraju (i nie tylko) są osobami drugiej kategorii, w Korei Północnej ludzie głodują i cierpią, w Ugandzie partyzanci sieją zniszczenie, tu i tam toczy się wojna... To jest wiedza powierzchowna, którą wzbogaca przeczytanie reportażu. Lektura dobrego reportażu otwiera oczy na świat, przynosi refleksje, zmusza do dyskusji.

Księgarz z Kabulu jest bardzo dobrym reportażem, napisanym z wnikliwością obserwatora zdarzeń, któremu udało się mocno zbliżyć do świata opisywanego. Jednocześnie autorka książki nie ocenia, nie obwinia, nie moralizuje. Pisze o tym, co widzi i o tym, co słyszy. Jest na tyle blisko kabulskiej rodziny, że jej członkowie sami opowiadają jej o życiu kobiet i mężczyzn w muzułmańskim kraju, o kulturze, o relacjach międzyludzkich, o małżeństwie. I to są historie często wstrząsające, bolesne, niesprawiedliwe. Celowo nie przywołam tu żadnej z nich. Ten reportaż trzeba przeczytać, a nie tylko czytać o nim. Te historie trzeba "przeżyć", przeklnąć albo się rozpłakać.

Plusem książki Åsne Seierstad jest, przy ciężkości tematu, lekki styl. Dzięki niemu, choć sponiewierana po lekturze, czuję się dobrze. Są reportaże, których się boję. Ze strachem czytałam Nocnych wędrowców Wojciecha Jagielskiego, nie wiedząc, co (czy też kogo) spotkam na kolejnych stronach.

poniedziałek, 26 stycznia 2015

Białe.

Ilona Wiśniewska
Białe. Zimna wyspa Spitsbergen
Czarne, 2014



Na Spitsbergenie przez większą część roku jest zimno. Jestem zmarzluchem, więc nie tęsknię za poznaniem tej wyspy i przekonaniem się na własnej skórze, jak to jest, gdy panują całkowite ciemności albo odwrotnie - nieustająca jasność. Nie lubię chłodu polskiej zimy, nie dla mnie więc przenikliwy ziąb, panujący na jednej z wysp norweskiego archipelagu Svalbard w Arktyce.
Lubię natomiast, podobnie jak Anne Fadiman, książki o zimnych miejscach, o wyprawach polarnych, o przezwyciężaniu granic ludzkiej wytrzymałości. Nie mam co prawda specjalnej półki (tym bardziej, jak pani Fadiman, ulubionej), na której gromadzę "zimną" literaturę, ale ta tematyka bardzo mi odpowiada, gdy siedzę w ciepełku i popijam gorącą herbatę.

Ilona Wiśniewska z pasją opisuje mało znany kawałek świata. Skupia się przede wszystkim na ludziach, którzy, tak jak ona, postanowili przyjechać na zimną wyspę i tutaj rozpocząć nowy etap swojego życia. Na Spitsbergenie mieszkają obywatele wielu narodowości, przybywają na dłużej albo tylko na chwilę, często wracają. Dzięki autorce poznajemy koleje ich losu. To nie są lekkie i przyjemne opowieści. Białe to w gruncie rzeczy książka smutna. Sama Wiśniewska traktuje Spitsbergen jak swoje miejsce na ziemi, ale opowiadane przez nią historie dotyczą głównie walki z przejmującym zimnem, tęsknoty za bliskimi, braku energii i poczucia samotności, które nasila się w okresie, gdy zapadają ciemności. To reportaż napisany z uwagą, niespiesznie. Autorce udało się nakreślić panoramę życia na wyspie i wprowadzić czytelnika w klimat tego regionu świata.

Białe to opowieść o tolerancji, o współistnieniu, o ludzkiej dobroci, o okrucieństwie natury, o życiu w miejscu, które nie zawsze jest dla człowieka przyjazne. Ilona Wiśniewska przygląda się mieszkańcom wyspy, zachowując dystans. Momentami tylko jest intymnie, bliżej, bardziej osobiście. Autorka nie szasta emocjami, po prostu snuje ciepłą opowieść o zimnym miejscu.

Nie mogę napisać, że przeczytałam tę książkę jednym tchem, ale uważam Białe za dobry reportaż, który wzbogacił moją bardzo skromną wiedzę o Spitsbergenie.

poniedziałek, 6 października 2014

Życie seksualne dzikich sto lat później.

Aleksandra Gumowska
Seks, betel i czary. Życie seksualne dzikich sto lat później
Znak, 2014


Trafiłam do świata bez prądu, gazu, kanalizacji. Bez linii telefonicznych. Bez wychodków. Świata, gdzie rośliny, które w Europie północnej hodujemy w doniczkach, osiągają monstrualne rozmiary. Gdzie monotonny dźwięk alarmu samochodowego wydaje nie pojazd spalinowy, a gigantyczna cykada.

Aleksandra Gumowska, reporterka Newsweek Polska, podążyła śladami słynnego antropologa, Bronisława Malinowskiego. Trafiła na Wyspy Trobrianda, zaprzyjaźniła się z tubylcami, zamieszkała w chatce z liści i obserwowała świat, który obywa się bez cywilizacyjnych udogodnień. To, co widziała i to, czego doświadczała konfrontowała z opowieścią Malinowskiego. Jego Życie seksualne dzikich w północno - zachodniej Melanezji, wydane w 1929 roku, uważane jest za jedną z najważniejszych prac antropologicznych. Do czasów Malinowskiego antropologia była nauką, opartą na teorii i lekturze. Naukowiec i podróżnik wyruszył w teren, by pokazać, że antropolog powinien być przede wszystkim badaczem. Poznanie danej społeczności i kultury jakiegoś regionu nie może opierać się na opiniach innych, trzeba wniknąć w życie tubylców, jednocześnie ich codzienności nie zakłócając.

Ola Gumowska wielokrotnie nawiązuje do dziennika Malinowskiego, ale jej celem jest opisanie dzisiejszych Wysp Trobrianda. Mieszkańcy Kiriwiny niewiele się zmienili: nadal żują betel, oddają się wolnej miłości, wierzą w magię i czary. Ich życie wciąż determinuje tradycja, choć połowa mieszkańców wyspy to chrześcijanie. Wierzą w Boga, ale nie ufają Bogu do końca. Chrześcijaństwo jest jak ubranie. Tradycja jest pod nim, dużo głębiej (s.165). Trobriandczycy słyną z przywiązania do ziemi, nawet jeśli od dawna albo od zawsze mieszkają w mieście, zmarłych chowają na wyspie. Kościół walczy z tradycją, wprowadzając własne zasady, zakazując np. noszenia tradycyjnych ubrań, tzn. spódnic z trawy i osłon genitaliów. Pastorom, głoszącym naukę Jezusa, nie podoba się również tradycyjny żywiołowy taniec tapioka, w którym dominują ruchy kopulacyjne i sprośne okrzyki. Wyspy Trobrianda to Wyspy Miłości, seks jest tu wszechobecny, stanowi ważną część życia tubylców. Jednak miłość fizyczną traktuje się lekko tylko przed ślubem, swoboda seksualna kończy się wraz z zawarciem związku małżeńskiego - wówczas najważniejsza jest wierność i ta reguła obowiązywała już w czasach Malinowskiego. Niektóre zasady mogą dziwić - kochankowie nie mogą razem jeść, małżonkowie nie mogą publicznie trzymać się za ręce.

Seks, betel i czary. Wolna miłość, ale tylko przed ślubem. Bezustanne żucie betelu, używki, której głównym składnikiem są liście pieprzu betelowego. Magia, przenikająca wszystkie dziedziny życia Trobriandczyków - duchy mają o wiele większe moce niż chrześcijaństwo. O tym świetnie pisze Ola Gumowska. Autorka przybliża kulturę kawałka świata, który wciąż pozostaje turystycznie mało dostępny, więc warto, przynajmniej za sprawą książki, poznać jego historię i tradycję.

środa, 25 czerwca 2014

Nocni wędrowcy.

Wojciech Jagielski
Nocni wędrowcy
W.A.B., 2009


To była dla mnie ciężka i bolesna lektura. Momentami chciałam tę książkę odłożyć, nie mogąc znieść ogromu okrucieństwa, opisywanego przez Wojciecha Jagielskiego. Świadomość, że to nie jest fikcja literacka sprawiała, że bałam się tego, co przeczytam na kolejnych stronach Nocnych wędrowców.

Opowieść o ugandyjskich partyzantach, o wojnie od lat niszczącej tamtejszą ludność, o porywanych dzieciach, o strachu, w którym nieustannie żyją rodziny, o bestialstwie człowieka, o niemożności dokonania wyboru, o zmuszaniu do zabijania i torturowania. Reportaż o wojnie, w której o nic nie chodzi, dlatego trwać może bez końca. Partyzanci nie potrafią żyć inaczej, więc, z pokolenia na pokolenie, plądrują wioski, kaleczą i mordują ludzi, porywają dzieci. Wszyscy się ich boją, nikt nie ma pomysłu na ukrócenie tych praktyk. Wieśniacy starają się chronić najmłodszych, wysyłając dzieci po zmroku do miasta, gdzie te koczują na ulicach, snują się z miejsca na miejsce. Noc jest pożywką dla partyzantów, którzy właśnie wtedy napadają na wioski, rabując i niszcząc. Rodzice małych dzieci wiedzą, że zbrodniarze nie wtargną do miasta, więc łudzą się, że ich dzieci są bezpieczne, że nie zasilą armii partyzanckich żołnierzy. Dzieci, które trafiają do lasu, są zmuszane do zabijania członków własnej rodziny i współplemieńców.
Niektórym dzieciom udaje się uciec. Jeśli mają szczęście i nie zostaną złapane (łatwo się domyślić, jaki los je czeka, gdy ucieczka się nie powiedzie), mogą trafić do schroniska, w którym zostaną otoczone opieką. Ich powrót do życia sprzed partyzantki nie jest łatwy, nie tylko ze względu na wspomnienia, które w sobie noszą, ale również przez różne wierzenia, których w Afryce nie brakuje. Członkowie rodziny boją się przyjąć pod swój dach uciekiniera, boją się o życie pozostałych dzieci. Ich potomek wraca przecież odmieniony, "bogatszy" o złe uczynki. Poza tym partyzanci mogą wrócić, a wówczas zemszczą się na całej rodzinie.

Wstrząsnęła mną ta książka. Na tym polega siła reportażu. Nie czytałam wcześniej żadnego reportażu o afrykańskich partyzantach i konfrontacja z tekstem Jagielskiego okazała się bardzo bolesna. Niby człowiek ma świadomość, że nie wszędzie panuje pokój, że na świecie dzieją się straszne rzeczy, ale jednak codziennie o tym nie myśli. Zresztą tak być powinno, bo inaczej wrażliwy na dobro innych człowiek nie byłby w stanie normalnie funkcjonować.
Mam wrażenie, że tekst Wojciecha Jagielskiego pozostanie w mojej głowie na długo. Nie sposób tej historii zapomnieć.

poniedziałek, 10 marca 2014

Światu nie mamy czego zazdrościć...

Barbara Demick
Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej
Czarne, 2011


Brakuje słów na opisanie reportażu Barbary Demick. Myślałam, że coś wiem o Korei Północnej. Myliłam się.

Koreańska Republika Ludowo - Demokratyczna to miejsce, które zatrzymało się w czasie. Pruderyjne, przeraźliwie biedne, zacofane. Wrogie wszystkiemu i wszystkim. Zakłamane do bólu. Szare, smutne, wystraszone. Mieszkańcy Korei Północnej boją się zbuntować, ponieważ nie tylko oni poniosą tego buntu konsekwencje. Ucierpią również członkowie rodziny, więc lepiej cierpieć w samotności i udawać, że jest dobrze, a przywódca narodu to mądry władca.
W 1994 roku umarł Kim Ir Sen, Wielki Marszałek, bóg narodu, skrajny nacjonalista. O dziwo, większość mieszkańców opłakiwała jego śmierć, ludzie pytali, jak mają teraz żyć. Dlaczego głodni, pozbawieni pracy i godności Koreańczycy tak rozpaczali? Przecież Kim Ir Sen miał następcę - Kim Dzongila, więc państwu nie groziło bezprawie. Czy tak kochali starego władcę? I za co?
Człowiekowi, wychowanemu w kraju demokratycznym, otwartym, rozwiniętym trudno zrozumieć mentalność Koreańczyka z Północy. Należy pamiętać, że ów Koreańczyk nie zna innego świata, a od urodzenia karmiony był chorą ideologią, opartą na nienawiści wobec sąsiadów i zachodniego świata. Kim Ir Sen głosił, że Korea Płd. okryła się z hańbą z powodu uzależnienia od USA, Stany Zjednoczone to źródło wszelkiego zła, a od sąsiadów - Chin, Japonii, Rosji - KRLD jako kraj niemal wybrany powinna się odizolować. Mieszkańcy Korei Północnej nie znali innych prawd niż te, które zostały przefiltrowane przez rządzących krajem komunistów.

Reportaż Barbary Demick to przede wszystkim sześć historii, opowiedzianych przez ludzi, którzy uciekli z Korei Północnej, wzbogaconych o fakty historyczne. Książka opisuje czas po śmierci Kim Ir Sena, kiedy w kraju zapanował chaos, w wyniku którego wielu ludzi umarło z głodu i wzrosła liczba tych, którzy podjęli ryzyko ucieczki do Korei Płd. i do Chin.

Stolica Korei Północnej, Pjongjang, to jedyne miejsce odwiedzane przez cudzoziemców. To kawałek zafałszowanej rzeczywistości, zaimprowizowanej na użytek turysty. Mieszkańcy miasta to starannie wybrani Koreańczycy, którzy wyglądają właściwie i mają odpowiednią postawę ideologiczną. Muszą być reprezentatywni, by nie przynieść wstydu swemu przywódcy. 

Z naszej perspektywy historie, opowiedziane przez autorkę reportażu, są nieprawdopodobne. Szokują, momentami śmieszą (choć nie są zabawne), częściej przerażają i oburzają żyjącego w zupełnie innej rzeczywistości czytelnika.

- Przez trzy lata chodziliśmy, trzymając się za ręce - roześmiała się Mi-ran. Pocałowaliśmy się po następnych sześciu. Nic więcej nawet nie przyszłoby mi do głowy. Jak wyjeżdżałam z Korei Północnej, miałam dwadzieścia sześć lat i chociaż byłam przedszkolanką, nie wiedziałam, skąd się biorą dzieci (s.17)

Nie jestem w stanie opisać książki Światu nie mamy czego zazdrościć... Po jej lekturze nawet tytuł zyskuje okrutne oblicze. To jedna z tych historii, którą trzeba przeczytać. Mówi o rzeczach trudnych, ale w sposób przystępny. Czyta się jednym tchem. To genialnie napisany i bardzo ważny reportaż, opisujący kawałek świata, do którego nie mamy dostępu i o którym niemal niczego nie wiemy.

wtorek, 17 września 2013

Refleksje nomady.

Bruce Chatwin
Anatomia niepokoju. Pisma wybrane 1969 - 1989
Świat Książki, 2012


Przyznam szczerze, że biorąc tę książkę do ręki, nie miałam pojęcia, kim był Bruce Chatwin. Zwróciłam uwagę na zdjęcie, zamieszczone na okładce i na cudny tytuł, obok którego nie sposób przejść obojętnie. Kupiłam tę książkę bez zastanowienia, choć nie wiedziałam, jakie dziedziny życia interesowały Chatwina i czy styl pisarza przypadnie mi do gustu.

Ku mojej wielkiej radości autor Anatomii niepokoju okazał się podróżnikiem oraz otwartym na świat obserwatorem ludzi i obyczajów, obowiązujących w różnych częściach globu. Zbiór otwiera autobiograficzny esej Zawsze chciałem wyjechać do Patagonii, w którym pisarz opowiada o swojej rodzinie. Z perspektywy czytelnika, który pierwszy raz spotyka się z prozą Chatwina, jest to tekst świetny, zachęcający do wniknięcia głębiej w twórczość autora. Nieco ironiczny, lekki, momentami zabawny styl pisarza czyni lekturę niezwykle przyjemną. W kolejnych tekstach odnaleźć można wiele wątków z życia Bruce'a, a życie pasjonata podróży, człowieka będącego w ciągłym ruchu, obfitowało w ciekawe doświadczenia.
W drugiej części książki zostały zamieszczone cztery opowiadania. Według mnie to najsłabszy i najmniej interesujący fragment całości. Wynika to poniekąd z faktu, że nie przepadam za opowiadaniami i jedynie Marcie Fox udało się zainteresować mnie krótkimi historiami na tyle, że do dziś z przyjemnością otwieram tomik Nie jestem, która wszystko zniesie (Forum Sztuk, 1999). Podejrzewam, że opowiadania Chatwina ściśle wiążą się z jego eskapadami, zgrabnie mieszając fakty z fikcją.
Kolejne rozdziały to trzy eseje na temat nomadyzmu. Hasło przewodnie tych tekstów to: Nomadyzm jako alternatywa. Chatwin głęboko wierzy w to, że człowiek jest stworzony do tego, by być w ruchu, do podróżowania, do poznawania. Tylko w ten sposób może zachować świadomość celu w życiu. Przyzwyczajenia otępiają umysł, ograniczają myślowe horyzonty, a przecież Homo Sapiens to zwierzę z natury ciekawe i żądne wrażeń.

Najważniejszy jest ruch - pisał Robert Louis Stevenson w Travels with a Donkey. - Tak by lepiej zrozumieć nasze potrzeby, poczuć chropowatą fakturę życia; zejść z puchowego łoża cywilizacji i stanąć na kłującej granitowej skale (s.119).

Moim zdaniem ta część książki to najlepsze teksty Chatwina, zebrane w Anatomii niepokoju. Tytułowy niepokój wywołuje stagnacja i bezruch.Większość społeczeństwa, odurzona rozwojem technicznym, zapomniała o wrodzonej potrzebie podróżowania.

Po przeczytaniu esejów na temat nomadyzmu czytelnik trafia na recenzje.Tutaj najciekawszy jest tekst Droga na wyspy - to recenzja biografii Stevensona autorstwa Hennessy'ego. Chatwin ocenia tutaj nie tylko książkę, ale przywołuje również wiele faktów z życia twórcy Wyspy skarbów.

Ostatnia część książki - Obrazoburca i sztuka - wysławia uroki rozkosznej wyspy Capri  i analizuje moralność przedmiotów. Według Chatwina wszystkie cywilizacje gromadzą przedmioty, a problem związany z rzeczami związany jest z ludzką niemożnością wyrównania poziomu tego, co zbieramy i tego, co wyrzucamy. Życie pokazuje, że najważniejsze dla nas przedmioty są bezużyteczne, co, zdaniem pisarza, może tłumaczyć zawiłe rytuały rynku sztuki (s.193).

Moje pierwsze spotkanie z twórczością Bruce'a Chatwina uważam za udane. Do najlepszych tekstów, tych o nomadyzmie, pewnie wrócę. Ich kontynuacji będę szukała w innych książkach podróżnika. Z przyjemnością przeczytałabym również książkę, w której zebrano wszystkie recenzje pisarza, ale nie wiem nawet, czy takowa istnieje.

wtorek, 18 września 2012

Paulina Wilk "Lalki w ogniu. Opowieści z Indii".

Długo się zbierałam, by napisać o książce Pauliny Wilk. To lektura nietypowa. Styl autorki jest inny niż wszystkie sposoby opowiadania, z którymi dotąd obcowałam. Dziennikarka barwnie i obrazowo opisuje te aspekty indyjskiej kultury, które składają się na bogaty świat mieszkańców kraju, ale niekoniecznie zachwycają.

Indie to kraj kontrastów, o czym wiedzą wszyscy. Jednak bliskie spotkanie z brudem, brzydotą, kalectwem to nie to samo, co wiedza, że w Indiach są slumsy, przeludnienie i mało higieniczne przestrzenie.
Paulina Wilk zabiera nas w miejsca śmierdzące, udręczone, nadgniłe, ale opowiada o nich w sposób bezstronny. Nie ocenia, nie wygłasza morałów, nie pochyla się z nabożeństwem nad ubóstwem, choć podejrzewam, że i dla niej (tak jak dla mnie) istnieją w Indiach "rzeczy" niesłychane, nie do końca zrozumiałe widoki i przekonania.

Autorka tego niezwykłego reportażu po prostu opowiada o kawałku świata. Naszego, współczesnego, choć wydawałoby się, że takie miejsca i takie rzeczy nie mają na nim miejsca. W Indiach niemożliwe staje się możliwe.

W kolejnych rozdziałach książki poznajemy nie tylko codzienne życie Hindusów, ale również przeszłość kraju, w którym od zawsze piękno współistnieje obok brzydoty, choć, po lekturze Lalek w ogniu wydaje się, że nędza dominuje. Indie to wielka latryna, przeludnienie, głód, analfabetyzm, tysiące okaleczonych ludzi, sierot, żebraków, ale też wielkie koncerny przemysłowe, pęd ku zachodniej cywilizacji...Współczesność nie wpływa na podział kastowy, który wciąż w Indiach króluje. Nasze standardy nijak mają się do faktu, że cenniejszym "towarem" pozostaje mężczyzna i dziewczynki giną w niewyjaśnionych okolicznościach.

Niesamowita lektura. Genialny styl (cały czas jestem pod urokiem słów), ciekawie opisany kraj, którego nie znałam. Nic jednak nie poradzę na to, że traktuję książkę Pauliny Wilk jako świadectwo tego, co w Indiach smutne. Autorka wielokrotnie zwraca uwagę na to, że Hindusi nie użalają się nad tym, co z punktu widzenia Europejczyka zakrawa na życie rozpaczliwe lub patologiczne. Oni przyjmują codzienność, jaka jest, nie roztkliwiają się nad rzeczywistością. Trwają, przyjmując dzień za dniem z mniejszą lub większą radością. Często bezczynnie.

Lalki w ogniu to jedna z tych książek, które długo się pamięta.

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Marek Edelman "I była miłość w getcie"

Książka miała nosić tytuł "Strzępy pamięci". Byłby adekwatny do treści. Jednak ostateczny wybór przykuwa wzrok. Okładka działa podobnie. Magnetyzuje.
"Przedwojenny" Marek Edelman był bezczelnym chłopakiem po maturze. Odważnym, bezpośrednim. Gdy wybuchła wojna, nie przestał takim być, choć nieludzkie warunki wymuszają pewną pokorę.
W książce autor stara się pokazać człowieka i tkwiące w nim dobro, choć wylewa na czytelnika wiadra okrutnych, bestialskich scen. Mnie najbardziej zabolał rozdział "Ulice getta", w którym śmierć przechadza się pod pachę z zabawą. Ludzie piją niby - herbatę w niby - herbaciarni pod czujnym okiem dzieci, które mają głód w oczach. Na ulicach Niemcy strzelają do Żydów, a zaraz potem bawią się w night-clubie.
Edelman opisuje specyficzne miejsce, specyficzny czas - czas, w którym ojciec jest wdzięczny za to, że jego dziecko umarło z powodu przetoczenia złej krwi, a nie trafiło do transportu. Czas, w którym siedemnastolatka, dziewiętnastolatka jest dziewczynką - małym, kruchym, bezbronnym dzieckiem.
Jak niewiele warte jest ludzkie życie...jak łatwo je stracić...jaką wartością staje się kromka chleba. Warto pochylić się nad przeszłością...pewne sprawy przemyśleć. Miejsca, dotknięte głodem, cierpieniem, wojną, chorobą, śmiercią odnajdujemy także we współczesności.
Strzępy pamięci. Migawki z życia getta. Pozytywne uczucia. Dobro. Miłość. Wbrew czasom. Wbrew Złu. Ku pamięci.

4/6
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...