Jorn Lier Horst
Jaskiniowiec
Smak Słowa, 2014
Ostatnio czytałam od środka cyklu Piaskuna Keplera, kilka dni temu skończyłam Jaskiniowca Horsta i, jak się okazuje, jest to dziewiąty tom serii z Williamem Wistingiem. Co więcej, nawet gdybym chciała rozpocząć lekturę od pierwszej części, to nie mogę, ponieważ ta jeszcze nie ukazała się w Polsce. Nie odczułam za bardzo, podobnie jak w przypadku wspomnianego Piaskuna, że to kolejna część pewnej całości, ale mimo wszystko serie lubię czytać od początku do końca, a nie odwrotnie. Nie wyobrażam sobie poznawać sagi Camilli Lackberg od środka. W książkach szwedzkiej autorki istotny jest nie tylko wątek kryminalny, ale również losy bohaterów, które z tomu na tom są coraz bardziej interesujące, a Erica, Patrick, Anna stają się naszymi dobrymi znajomymi.
Jaskiniowca Horsta uważam za książkę dobrą, ale nie na tyle, bym była jakoś szczególnie zainteresowana kontynuowaniem spotkań z Wistingiem. Jestem przyzwyczajona i bardzo lubię klimat skandynawskich kryminałów, ale podczas lektury Jaskiniowca bywały momenty, w których naprawdę potrzebowałam przyspieszenia akcji, zwrotu akcji, emocji, poruszenia. Tymczasem na początku mamy zmarłego mężczyznę, który wiódł samotne życie, tak samotne, że przez cztery miesiące nikt nie zwrócił uwagi na to, że ów człowiek przestał istnieć. Pewna dziennikarka, córka policjanta Williama Wistinga, postanawia napisać tekst o wyalienowaniu społecznym, ludzkiej znieczulicy, samotności. W miarę zdobywania informacji do artykułu zaczyna zastanawiać się, czy śmierć mężczyzny nastąpiła z przyczyn naturalnych. Line spotyka się z ludźmi, którzy mieli jakikolwiek związek ze zmarłym i stopniowo jej dziennikarskie poczynania zamieniają się w prywatne śledztwo. W międzyczasie policja prowadzi własne dochodzenie, związane z faktem, że na plantacji choinek znaleziono ciało w stanie znacznego rozkładu...
Nic się nie dzieje, a kiedy coś zaczyna się wykluwać, powieść się kończy.
Wstrzymałabym się z porównywaniem Horsta do Nesbo. Poza faktem, że obaj panowie pochodzą z Północy i obaj są autorami kryminałów, nic ich nie łączy.
środa, 3 czerwca 2015
środa, 27 maja 2015
Nasze rozstania.
David Foenkinos
Nasze rozstania
Znak, 2012
Opowieść na jedno przyjemne popołudnie.
Niezobowiązujące spotkanie, po którym ciepło się uśmiechasz.
Zauroczenie, tylko chwilowe, bo szybko losy Alice i Fritza ulatują z pamięci.
Do tej pory kojarzyłam Foenkinosa z Delikatnością, z filmem, nie z książką, bo tej nie czytałam. Trafiłam na Nasze rozstania i naprawdę nie żałuję czasu spędzonego z tą powieścią, ale miałam nadzieję na lekturę, którą zapamiętam, do której będę wracała i którą mogę z czystym sumieniem polecać.
To jest opowieść o miłości z przeszkodami, o tym, że przeciwieństwa się przyciągają, choć nie jest łatwo wciąż od siebie odchodzić, by po jakimś czasie wrócić do ukochanej osoby. Alice i Fritz kochają się, ale mają tak różne temperamenty, że nie są w stanie pogodzić rozbieżności w spojrzeniu na życie. Czytanie o ich rozterkach sprawia przyjemność, ale nie wywołuje żadnych emocji. Myślałam, że powieść Foenkinosa będzie bombą uczuciową - autor jest przez wielu postrzegany jako czarodziej wysublimowanych emocji. Niestety, mnie nie zaczarował.
Nie wiem, na czym to polega, ale literatura francuska ma pewien specyficzny styl, charakterystyczny tylko dla niej. W pewnym stopniu odnalazłam u Davida Foenkinosa to, co lubię u Anny Gavaldy. Jednak zdecydowanie "pisanie" francuskiej autorki jest bliższe memu sercu.
Nasze rozstania
Znak, 2012
Opowieść na jedno przyjemne popołudnie.
Niezobowiązujące spotkanie, po którym ciepło się uśmiechasz.
Zauroczenie, tylko chwilowe, bo szybko losy Alice i Fritza ulatują z pamięci.
Do tej pory kojarzyłam Foenkinosa z Delikatnością, z filmem, nie z książką, bo tej nie czytałam. Trafiłam na Nasze rozstania i naprawdę nie żałuję czasu spędzonego z tą powieścią, ale miałam nadzieję na lekturę, którą zapamiętam, do której będę wracała i którą mogę z czystym sumieniem polecać.
To jest opowieść o miłości z przeszkodami, o tym, że przeciwieństwa się przyciągają, choć nie jest łatwo wciąż od siebie odchodzić, by po jakimś czasie wrócić do ukochanej osoby. Alice i Fritz kochają się, ale mają tak różne temperamenty, że nie są w stanie pogodzić rozbieżności w spojrzeniu na życie. Czytanie o ich rozterkach sprawia przyjemność, ale nie wywołuje żadnych emocji. Myślałam, że powieść Foenkinosa będzie bombą uczuciową - autor jest przez wielu postrzegany jako czarodziej wysublimowanych emocji. Niestety, mnie nie zaczarował.
Nie wiem, na czym to polega, ale literatura francuska ma pewien specyficzny styl, charakterystyczny tylko dla niej. W pewnym stopniu odnalazłam u Davida Foenkinosa to, co lubię u Anny Gavaldy. Jednak zdecydowanie "pisanie" francuskiej autorki jest bliższe memu sercu.
wtorek, 12 maja 2015
Książka, o której ciężko pisać, ale trzeba wspomnieć.
Małgorzata Halber
Najgorszy człowiek na świecie
Znak, 2015
Mało mnie interesuje, czy książka Małgorzaty Halber jest autobiograficzna, czy całkowicie zmyślona. Może dziewczyna, którą pamiętam bardziej z programu 5-10-15 niż z muzycznej stacji Viva (nie moje klimaty) miała problem z alkoholem i Krystyna, bohaterka powieści, jest Małgorzatą, a może życie Krysi nie ma nic wspólnego z życiem Gosi. Dla mnie istotne jest, że ta książka to kawałek literatury, który mną wstrząsnął totalnie. I nawet nie wiem, czy chcę o Najgorszym człowieku na świecie pisać, nie wiem, jak pisać o tej książce.
Dla mnie powieść Halber nie jest tylko historią walki z nałogiem, który wyniszcza ciało i duszę. Książka ta przede wszystkim traktuje o samotności, o braku więzi i kontaktu z drugim człowiekiem, choć tych ludzi wokół wielu i, wydawałoby się, na wyciągnięcie ręki. Na zapisanych stronach bez trudu można odnaleźć siebie, choć nie jest się osobą znaną i rozpoznawaną, nie jest się alkoholikiem. W tej opowieści ważne są słowa, zanotowane myśli, emocje. Większość ludzi, niezależnie od wieku, statusu społecznego, stanu rozdrażnienia odnajdzie w Krystynie kawałek siebie, będzie mogła podpisać się pod jej spostrzeżeniami i przeżyciami. Każdy czasami chciałby uciec, schować się w bezpiecznym miejscu i zanadto nie wychylać, ale jednocześnie lgniemy do ludzi, potrzebujemy konfrontacji z otoczeniem, rozmowy, dotyku, choćby spojrzenia i zalążku uśmiechu. To nas buduje, choć bywają momenty, że niszczy. Zależy, jaką kto ma skórę, jak wiele potrafi znieść, jak radzi sobie z codziennością. Niektórzy radzą sobie gorzej. Jak Krysia. Mądra, wykształcona, myśląca kobieta, która realizuje się zawodowo i postronny obserwator mógłby rzec "o co ci chodzi, dziewczyno, przecież wszystko masz". Czym jest wszystko?
KAŻDY SIĘ WSTYDZI.
KAŻDY SIĘ WSTYDZI TRZECH RZECZY.
ŻE NIE JEST ŁADNY.
ŻE ZA MAŁO WIE.
I ŻE NIEWYSTARCZAJĄCO RADZI SOBIE W ŻYCIU.
Krysia sobie nie radzi. I czuje się z tego powodu beznadziejnie, bo w jej mniemaniu, inni jakoś lepiej życie znoszą. A ona poddała się uzależnieniu, które czym jest, jeśli nie nieustającym życiowym spierdalaniem? I stoi z rozłożonymi rękami, powtarzając: no, ale jak mam się rozwijać, skoro właściwie nie wiem, w którym kierunku chciałabym pójść?
Bo czasami jest tak, że masz trzydzieści kilka lat i nadal nie wiesz. Po prostu nie wiesz.
Najgorszy człowiek na świecie
Znak, 2015
Mało mnie interesuje, czy książka Małgorzaty Halber jest autobiograficzna, czy całkowicie zmyślona. Może dziewczyna, którą pamiętam bardziej z programu 5-10-15 niż z muzycznej stacji Viva (nie moje klimaty) miała problem z alkoholem i Krystyna, bohaterka powieści, jest Małgorzatą, a może życie Krysi nie ma nic wspólnego z życiem Gosi. Dla mnie istotne jest, że ta książka to kawałek literatury, który mną wstrząsnął totalnie. I nawet nie wiem, czy chcę o Najgorszym człowieku na świecie pisać, nie wiem, jak pisać o tej książce.
Dla mnie powieść Halber nie jest tylko historią walki z nałogiem, który wyniszcza ciało i duszę. Książka ta przede wszystkim traktuje o samotności, o braku więzi i kontaktu z drugim człowiekiem, choć tych ludzi wokół wielu i, wydawałoby się, na wyciągnięcie ręki. Na zapisanych stronach bez trudu można odnaleźć siebie, choć nie jest się osobą znaną i rozpoznawaną, nie jest się alkoholikiem. W tej opowieści ważne są słowa, zanotowane myśli, emocje. Większość ludzi, niezależnie od wieku, statusu społecznego, stanu rozdrażnienia odnajdzie w Krystynie kawałek siebie, będzie mogła podpisać się pod jej spostrzeżeniami i przeżyciami. Każdy czasami chciałby uciec, schować się w bezpiecznym miejscu i zanadto nie wychylać, ale jednocześnie lgniemy do ludzi, potrzebujemy konfrontacji z otoczeniem, rozmowy, dotyku, choćby spojrzenia i zalążku uśmiechu. To nas buduje, choć bywają momenty, że niszczy. Zależy, jaką kto ma skórę, jak wiele potrafi znieść, jak radzi sobie z codziennością. Niektórzy radzą sobie gorzej. Jak Krysia. Mądra, wykształcona, myśląca kobieta, która realizuje się zawodowo i postronny obserwator mógłby rzec "o co ci chodzi, dziewczyno, przecież wszystko masz". Czym jest wszystko?
KAŻDY SIĘ WSTYDZI.
KAŻDY SIĘ WSTYDZI TRZECH RZECZY.
ŻE NIE JEST ŁADNY.
ŻE ZA MAŁO WIE.
I ŻE NIEWYSTARCZAJĄCO RADZI SOBIE W ŻYCIU.
Krysia sobie nie radzi. I czuje się z tego powodu beznadziejnie, bo w jej mniemaniu, inni jakoś lepiej życie znoszą. A ona poddała się uzależnieniu, które czym jest, jeśli nie nieustającym życiowym spierdalaniem? I stoi z rozłożonymi rękami, powtarzając: no, ale jak mam się rozwijać, skoro właściwie nie wiem, w którym kierunku chciałabym pójść?
Bo czasami jest tak, że masz trzydzieści kilka lat i nadal nie wiesz. Po prostu nie wiesz.
czwartek, 7 maja 2015
Sunset Park.
Paul Auster
Sunset Park
Znak, 2012
Paul Auster jest mistrzem słowa, mistrzem opowiadania obyczajowych historii, które skupiają się na relacjach międzyludzkich. Jego bohaterowie, często intelektualiści lub pseudointelektualiści, są emocjonalnie rozchwiani, błądzą, szukają ratunku w samotności, uciekają przed samotnością. Przede wszystkim postaci powieści Austera to interesujący ludzie, o których chce się czytać.
By w pełni zachwycić się książką amerykańskiego pisarza, trzeba znaleźć chwilę spokoju, rozsiąść się wygodnie na kanapie i zanurzyć w opowieść o grupie ludzi, którzy zamieszkali w nowojorskim squacie. Każdy z nich ma własną pogmatwaną życiową historię, każdego dręczą egzystencjalne rozterki. Sunset Park to właściwie potok słów. Świetnie skomponowanych, idealnych do czytania bez przystanku, bez chwili wytchnienia na filiżankę herbaty. Są takie książki, które potrzebują przerwy i takie, które czyta się jednym tchem. Sunset Park zdecydowanie należy do tej pierwszej kategorii.
Miles, Ellen, Alice i Bing - ich losy splatają się w powieści, oni żyją "na gapę", szukając siebie w wielkomiejskim szumie. Głównym bohaterem jest Miles, który porzucił studia, rodzinę i Nowy Jork, i błąkał się od miasta do miasta, podejmując się dorywczych prac i wchodząc w przypadkowe związki. Po kilku latach wrócił do Nowego Jorku i zamieszkał z trójką interesujących młodych ludzi w porzuconym domu przy Sunset Park. Oprócz czwórki bohaterów występują w książce Austera równie interesujące postaci poboczne.
Powieść amerykańskiego pisarza czytałam z ogromną przyjemnością. Jestem pod wrażeniem stylu autora i tego, jak Auster posługuje się słowami, jak tworzy monologi wewnętrzne postaci, jak mistrzowsko portretuje rzeczywistość, jak opisuje emocje. Na półce czeka na mnie Dziennik zimowy, ale sięgnę na pewno po inne powieści pisarza i na szczęście mam w czym wybierać.
Sunset Park
Znak, 2012
Paul Auster jest mistrzem słowa, mistrzem opowiadania obyczajowych historii, które skupiają się na relacjach międzyludzkich. Jego bohaterowie, często intelektualiści lub pseudointelektualiści, są emocjonalnie rozchwiani, błądzą, szukają ratunku w samotności, uciekają przed samotnością. Przede wszystkim postaci powieści Austera to interesujący ludzie, o których chce się czytać.
By w pełni zachwycić się książką amerykańskiego pisarza, trzeba znaleźć chwilę spokoju, rozsiąść się wygodnie na kanapie i zanurzyć w opowieść o grupie ludzi, którzy zamieszkali w nowojorskim squacie. Każdy z nich ma własną pogmatwaną życiową historię, każdego dręczą egzystencjalne rozterki. Sunset Park to właściwie potok słów. Świetnie skomponowanych, idealnych do czytania bez przystanku, bez chwili wytchnienia na filiżankę herbaty. Są takie książki, które potrzebują przerwy i takie, które czyta się jednym tchem. Sunset Park zdecydowanie należy do tej pierwszej kategorii.
Miles, Ellen, Alice i Bing - ich losy splatają się w powieści, oni żyją "na gapę", szukając siebie w wielkomiejskim szumie. Głównym bohaterem jest Miles, który porzucił studia, rodzinę i Nowy Jork, i błąkał się od miasta do miasta, podejmując się dorywczych prac i wchodząc w przypadkowe związki. Po kilku latach wrócił do Nowego Jorku i zamieszkał z trójką interesujących młodych ludzi w porzuconym domu przy Sunset Park. Oprócz czwórki bohaterów występują w książce Austera równie interesujące postaci poboczne.
Powieść amerykańskiego pisarza czytałam z ogromną przyjemnością. Jestem pod wrażeniem stylu autora i tego, jak Auster posługuje się słowami, jak tworzy monologi wewnętrzne postaci, jak mistrzowsko portretuje rzeczywistość, jak opisuje emocje. Na półce czeka na mnie Dziennik zimowy, ale sięgnę na pewno po inne powieści pisarza i na szczęście mam w czym wybierać.
wtorek, 5 maja 2015
Doskonały "Piaskun".
Lars Kepler
Piaskun
Czarne, 2014
Okazuje się, że Piaskun to czwarty tom serii z policjantem Joonem Linną. Dowiedziałam się o tym po przeczytaniu książki, po wchłonięciu tej historii i w żadnym momencie nie poczułam, że o czymś nie wiem, więc można czytać nie po kolei. Przyznaję jednak, że gdybym wiedziała, że to seria, sięgnęłabym po pierwszy, a nie czwarty tom. Takie zboczenie:)
Totalnie mnie ta powieść wciągnęła. Od początku do końca.
Tytułowy Piaskun to postać, która przychodzi w nocy do tych dzieci, które nie chcą spać i sypie im piaskiem w oczy. Zabiera je i przetrzymuje w ciemnościach.
Cała historia rozpoczyna się od postaci młodego mężczyzny, który, osłabiony i zakrwawiony, błąka się w pobliżu torów kolejowych. Wstępne ustalenia tożsamości pokazują, że cierpiący na chorobę legionistów człowiek jako dziecko zaginął i siedem lat temu został uznany za zmarłego. Pierwotne śledztwo utknęło w martwym punkcie, choć podejrzewano, że chłopiec i jego siostra stali się ofiarami seryjnego mordercy Jurka Waltera. Okazuje się, że siostra ciężko chorego mężczyzny również żyje, ale ten nie potrafi wskazać miejsca, w którym przebywa. "Bredzi" o ciemnej kapsule i o Piaskunie.
Jurek Walter - nieobliczalny i cholernie inteligentny zbrodniarz - od wielu lat przebywa w ściśle strzeżonym zakładzie psychiatrycznym. Priorytetem inspektora Linny staje się odnalezienie kobiety, która zapewne również cierpi na chorobę legionistów i może niedługo umrzeć. Jak przekonać Waltera do zdradzenia kryjówki? Co łączy Linnę i Jurka? Czego nie wiemy o Walterze?
Książka łączy w sobie elementy powieści grozy, thrillera, dramatu psychologicznego. Ma niesamowity skandynawski klimat, który tak lubię.
Piaskun trzyma w napięciu, czasami przestrasza. Polecam bardzo.
Piaskun
Czarne, 2014
Okazuje się, że Piaskun to czwarty tom serii z policjantem Joonem Linną. Dowiedziałam się o tym po przeczytaniu książki, po wchłonięciu tej historii i w żadnym momencie nie poczułam, że o czymś nie wiem, więc można czytać nie po kolei. Przyznaję jednak, że gdybym wiedziała, że to seria, sięgnęłabym po pierwszy, a nie czwarty tom. Takie zboczenie:)
Totalnie mnie ta powieść wciągnęła. Od początku do końca.
Tytułowy Piaskun to postać, która przychodzi w nocy do tych dzieci, które nie chcą spać i sypie im piaskiem w oczy. Zabiera je i przetrzymuje w ciemnościach.
Cała historia rozpoczyna się od postaci młodego mężczyzny, który, osłabiony i zakrwawiony, błąka się w pobliżu torów kolejowych. Wstępne ustalenia tożsamości pokazują, że cierpiący na chorobę legionistów człowiek jako dziecko zaginął i siedem lat temu został uznany za zmarłego. Pierwotne śledztwo utknęło w martwym punkcie, choć podejrzewano, że chłopiec i jego siostra stali się ofiarami seryjnego mordercy Jurka Waltera. Okazuje się, że siostra ciężko chorego mężczyzny również żyje, ale ten nie potrafi wskazać miejsca, w którym przebywa. "Bredzi" o ciemnej kapsule i o Piaskunie.
Jurek Walter - nieobliczalny i cholernie inteligentny zbrodniarz - od wielu lat przebywa w ściśle strzeżonym zakładzie psychiatrycznym. Priorytetem inspektora Linny staje się odnalezienie kobiety, która zapewne również cierpi na chorobę legionistów i może niedługo umrzeć. Jak przekonać Waltera do zdradzenia kryjówki? Co łączy Linnę i Jurka? Czego nie wiemy o Walterze?
Książka łączy w sobie elementy powieści grozy, thrillera, dramatu psychologicznego. Ma niesamowity skandynawski klimat, który tak lubię.
Piaskun trzyma w napięciu, czasami przestrasza. Polecam bardzo.
czwartek, 23 kwietnia 2015
e-Migranci.
Susan Maushart
e-Migranci. Pół roku bez internetu, telefonu i telewizji
Znak, 2014
Przy okazji pisania o W syberyjskich lasach francuskiego podróżnika Sylvaina Tessona wspomniałam nazwisko Davida Thoreau. Ostatnio często trafiam na wzmianki o jego esejach, wydanych pod tytułem Walden, stanowiących zbiór wspomnień i przemyśleń filozofa z dwuletniego samotnego pobytu w lesie w latach 1845 - 1847. Dzisiejsi, zmęczeni konsumpcjonizmem i cywilizacją, poszukiwacze spokoju często powołują się na Thoreau, twierdząc, że jego filozofia życiowa i prawdy, które głosił w Waldenie, były bodźcem do zmiany. W XXI wieku człowiek jest atakowany przez wytwory cywilizacji i niektórzy z nas są na tyle zmęczeni wszechobecnym szumem, że szukają ucieczki. Zastanawiam się, od czego w 1845 roku uciekał Thoreau. Nie czytałam Waldena (a bardzo bym chciała), więc nie znam szczegółów jego decyzji. Wiem tylko, że książka filozofa jest biblią dla tych, których zgiełk współczesnego świata przeraża.
Należę do pokolenia, które dorastało na trzepaku, grało w palanta i skakało na skakance. Dopóki mieszkałam z rodzicami, nie miałam komputera, pierwszy telefon komórkowy wrzuciłam do torebki, mając dwadzieścia trzy lata. Zupełnie inaczej niż moje dzieci. Nie jestem specjalnie przywiązana do telefonu, internetu i telewizji. Nie mam potrzeby przeprowadzać na sobie czy na swojej rodzinie eksperymentu, z którym zmierzyła się australijska dziennikarka, samotnie wychowująca trójkę dzieci w wieku nastoletnim. Jednak mogłabym zmienić zdanie, gdybym codziennie widziała swoje dzieci, wlepione w ekran laptopa, w międzyczasie piszące sms-y i oglądające telewizję, chyłkiem i na szybko przeżuwające półprodukt, bo czymś trzeba napełnić żołądek, a na pełnowartościowy posiłek szkoda czasu. Nie dziwię się, że Susan Maushart powiedziała "basta" i przeorganizowała życie rodziny. Na pół roku, na gruncie domowym, odcięła dostęp do wszelkich elektronicznych gadżetów, co spotkało się z nastoletnim buntem, ale poskutkowało wieloma pozytywnymi zmianami. Dzieciaki nadal mogły korzystać z internetu w szkole lub obejrzeć film u przyjaciół, ale w domu, aby zabić nudę, musiały szukać innych zajęć. Okazało się, że syn lubi czytać książki, a córka świetnie radzi sobie w kuchni. Dla samej Susan ten eksperyment okazał się trudny, ponieważ jej narzędziem pracy był laptop, a dzięki internetowi wiele zadań (jak przesłanie tekstu do redakcji) dziennikarka wykonywała szybciej i sprawniej. Nawet niemożność posłuchania muzyki podczas spaceru z psem sprawiała, że kobieta czuła się nieswojo.
W ogólnym rozrachunku półroczna zmiana trybu życia okazała się dla rodziny fajna i ciekawa. Susan opisuje poszczególne etapy eksperymentu szczerze, nie pomijając nieprzyjemnych czy trudnych epizodów. Relacje rodzic - nastolatek zazwyczaj są burzliwe, możecie sobie wyobrazić, jak wybuchowe się stają, gdy rodzic zabiera dziecku ulubione zabawki. W moim odczuciu półroczny detoks zbliżył do siebie rodzinę, a odcięcie od wielu bodźców pozwoliło nastolatkom "spotkać siebie". Szkoda tylko, że po pół roku życie wróciło na utarty szlak cywilizacyjnych udogodnień. Nie zostało to powiedziane wprost, ale mam wrażenie, że eksperyment stał się tylko ciekawym wspomnieniem, a dzieciaki ponownie "weszły" w tryb wielozadaniowy, w którym jakimś cudem można jednocześnie pisać, grać, oglądać i rozmawiać.
e-Migranci. Pół roku bez internetu, telefonu i telewizji
Znak, 2014
Przy okazji pisania o W syberyjskich lasach francuskiego podróżnika Sylvaina Tessona wspomniałam nazwisko Davida Thoreau. Ostatnio często trafiam na wzmianki o jego esejach, wydanych pod tytułem Walden, stanowiących zbiór wspomnień i przemyśleń filozofa z dwuletniego samotnego pobytu w lesie w latach 1845 - 1847. Dzisiejsi, zmęczeni konsumpcjonizmem i cywilizacją, poszukiwacze spokoju często powołują się na Thoreau, twierdząc, że jego filozofia życiowa i prawdy, które głosił w Waldenie, były bodźcem do zmiany. W XXI wieku człowiek jest atakowany przez wytwory cywilizacji i niektórzy z nas są na tyle zmęczeni wszechobecnym szumem, że szukają ucieczki. Zastanawiam się, od czego w 1845 roku uciekał Thoreau. Nie czytałam Waldena (a bardzo bym chciała), więc nie znam szczegółów jego decyzji. Wiem tylko, że książka filozofa jest biblią dla tych, których zgiełk współczesnego świata przeraża.
Należę do pokolenia, które dorastało na trzepaku, grało w palanta i skakało na skakance. Dopóki mieszkałam z rodzicami, nie miałam komputera, pierwszy telefon komórkowy wrzuciłam do torebki, mając dwadzieścia trzy lata. Zupełnie inaczej niż moje dzieci. Nie jestem specjalnie przywiązana do telefonu, internetu i telewizji. Nie mam potrzeby przeprowadzać na sobie czy na swojej rodzinie eksperymentu, z którym zmierzyła się australijska dziennikarka, samotnie wychowująca trójkę dzieci w wieku nastoletnim. Jednak mogłabym zmienić zdanie, gdybym codziennie widziała swoje dzieci, wlepione w ekran laptopa, w międzyczasie piszące sms-y i oglądające telewizję, chyłkiem i na szybko przeżuwające półprodukt, bo czymś trzeba napełnić żołądek, a na pełnowartościowy posiłek szkoda czasu. Nie dziwię się, że Susan Maushart powiedziała "basta" i przeorganizowała życie rodziny. Na pół roku, na gruncie domowym, odcięła dostęp do wszelkich elektronicznych gadżetów, co spotkało się z nastoletnim buntem, ale poskutkowało wieloma pozytywnymi zmianami. Dzieciaki nadal mogły korzystać z internetu w szkole lub obejrzeć film u przyjaciół, ale w domu, aby zabić nudę, musiały szukać innych zajęć. Okazało się, że syn lubi czytać książki, a córka świetnie radzi sobie w kuchni. Dla samej Susan ten eksperyment okazał się trudny, ponieważ jej narzędziem pracy był laptop, a dzięki internetowi wiele zadań (jak przesłanie tekstu do redakcji) dziennikarka wykonywała szybciej i sprawniej. Nawet niemożność posłuchania muzyki podczas spaceru z psem sprawiała, że kobieta czuła się nieswojo.
W ogólnym rozrachunku półroczna zmiana trybu życia okazała się dla rodziny fajna i ciekawa. Susan opisuje poszczególne etapy eksperymentu szczerze, nie pomijając nieprzyjemnych czy trudnych epizodów. Relacje rodzic - nastolatek zazwyczaj są burzliwe, możecie sobie wyobrazić, jak wybuchowe się stają, gdy rodzic zabiera dziecku ulubione zabawki. W moim odczuciu półroczny detoks zbliżył do siebie rodzinę, a odcięcie od wielu bodźców pozwoliło nastolatkom "spotkać siebie". Szkoda tylko, że po pół roku życie wróciło na utarty szlak cywilizacyjnych udogodnień. Nie zostało to powiedziane wprost, ale mam wrażenie, że eksperyment stał się tylko ciekawym wspomnieniem, a dzieciaki ponownie "weszły" w tryb wielozadaniowy, w którym jakimś cudem można jednocześnie pisać, grać, oglądać i rozmawiać.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
"Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna?"
Przeczytałam w ostatnim czasie osiem książek, właśnie czytam dwie kolejne. Myślę sobie, że chciałabym o nich napisać i na myśleniu się kończy. Tracę do tego bloga serce, ale żal mi porzucać jedyne "miejsce", w którym mogę podzielić się z kimś (nadal wierzę, że mogę) opinią na temat przeczytanej książki.
Najciekawszą z tych ośmiu książek okazała się autobiograficzna opowieść Jeanette Winterson. Cenię autorkę od czasów nauki w liceum, kiedy to zaczytywałam się w powieściach Zapisane na ciele, Płeć wiśni i Nie tylko pomarańcze....Jako studentka odkryłam O sztuce. Eseje o ekstazie i zuchwalstwie i do dziś uważam tę książkę za genialną - szczerą, odważną, zmuszającą do myślenia. Od niedawna mogę do niej wracać, kiedy chcę, ponieważ była jednym z moich zeszłorocznych prezentów urodzinowych. W księgarniach jej nie znajdziecie, trzeba "polować" na allegro.
Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna? intryguje tytułem i, na szczęście, nie tylko tytuł jest interesujący. Całość przeczytałam jednym tchem. Jeanette Winterson szczerze opowiada o trudnym dzieciństwie adoptowanego dziecka, o potrzebie bezpieczeństwa, o poszukiwaniu korzeni, o miłości do książek. Nadawcą tytułowego pytania była bardzo nieszczęśliwa kobieta - adopcyjna matka pisarki, adresatem - szesnastoletnia Jeanette, która postanowiła wyprowadzić się z domu i poszukać szczęścia gdzie indziej. Winterson dorastała w niezdrowej atmosferze, przepełnionej religijnym fanatyzmem, brakiem miłości, dotyku drugiej osoby, szczerej rozmowy. Życie u boku toksycznego rodzica nie należy do przyjemnych. Wrażliwa i inteligentna istota szuka drogi ucieczki, choćby w lektury, które w rodzinnym domu Wintersonów były zakazane (Biblia stanowiła wyjątek). Jeanette godzinami przesiaduje więc w bibliotece, odkrywając i budując swój gust czytelniczy. Odskocznią od domu okazują się również związki z dziewczynami, później kobietami, co, jak można przypuszczać, jest dla starszej pani Winterson totalnym bluźnierstwem.
Po co ci szczęście... to książka świetnie napisana, pełna refleksji autorki - refleksji, które zmuszają czytelnika do przemyślenia wielu spraw. Tytuł jest, moim skromnym zdaniem, obłędny.
Najciekawszą z tych ośmiu książek okazała się autobiograficzna opowieść Jeanette Winterson. Cenię autorkę od czasów nauki w liceum, kiedy to zaczytywałam się w powieściach Zapisane na ciele, Płeć wiśni i Nie tylko pomarańcze....Jako studentka odkryłam O sztuce. Eseje o ekstazie i zuchwalstwie i do dziś uważam tę książkę za genialną - szczerą, odważną, zmuszającą do myślenia. Od niedawna mogę do niej wracać, kiedy chcę, ponieważ była jednym z moich zeszłorocznych prezentów urodzinowych. W księgarniach jej nie znajdziecie, trzeba "polować" na allegro.
Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna? intryguje tytułem i, na szczęście, nie tylko tytuł jest interesujący. Całość przeczytałam jednym tchem. Jeanette Winterson szczerze opowiada o trudnym dzieciństwie adoptowanego dziecka, o potrzebie bezpieczeństwa, o poszukiwaniu korzeni, o miłości do książek. Nadawcą tytułowego pytania była bardzo nieszczęśliwa kobieta - adopcyjna matka pisarki, adresatem - szesnastoletnia Jeanette, która postanowiła wyprowadzić się z domu i poszukać szczęścia gdzie indziej. Winterson dorastała w niezdrowej atmosferze, przepełnionej religijnym fanatyzmem, brakiem miłości, dotyku drugiej osoby, szczerej rozmowy. Życie u boku toksycznego rodzica nie należy do przyjemnych. Wrażliwa i inteligentna istota szuka drogi ucieczki, choćby w lektury, które w rodzinnym domu Wintersonów były zakazane (Biblia stanowiła wyjątek). Jeanette godzinami przesiaduje więc w bibliotece, odkrywając i budując swój gust czytelniczy. Odskocznią od domu okazują się również związki z dziewczynami, później kobietami, co, jak można przypuszczać, jest dla starszej pani Winterson totalnym bluźnierstwem.
Proza i poezja to dawki lekarstw.Uzdrawiają to pęknięcie, któremu ulega wyobraźnia z winy rzeczywistości.
Po co ci szczęście... to książka świetnie napisana, pełna refleksji autorki - refleksji, które zmuszają czytelnika do przemyślenia wielu spraw. Tytuł jest, moim skromnym zdaniem, obłędny.
Bywają chwile, kiedy wszystko tak się psuje, że ledwie uchodzisz z życiem, i bywają chwile, kiedy do ciebie dociera, że bycie ledwie żywym, ale na twoich własnych warunkach, jest lepsze niż życie rozdętym półżyciem na warunkach cudzych.
Subskrybuj:
Posty (Atom)






